Pierwszy pełnoprawny autostop Uxmal – Merida

Spis treści

My autostopowicze-debiutanci

31.05.2022

Wpis powstaje w Gwatemali na trasie z Semuc Champey do Antigua Guatemala.

Musicie wiedzieć, że nasze doświadczenie jako autostopowiczów jest bardzo znikome. To całe 2 stopy. Jeden z Poronina do Zakopanego (czyli jakieś 5 km) w noc sylwestrową przed kilkoma laty, a druga wycieczka to paka pick-upa u pana z naklejką „Ganja Farmer” tuż przed granicą meksykańsko-belizejską. Łącznie mamy zrobionych około 8 kilometrów w samochodzie zupełnie obych osób. No nie jest to zbyt imponujący wynik.😅

Wspomniany dystans podciągnęliśmy do około 120 km, podróżując z ruin Uxmal do Méridy. Możemy też powiedzieć, że był to nasz pierwszy, pełnoprawny autostop. 

Nie uważacie, że to dość zaskakujące, że do bardzo turystycznego miejsca i najdroższych ruin w Meksyku (tak wynika z naszych kalkulacji, a odwiedziliśmy 11 punktów archeologicznych w kilku stanach, w tym Chichen Itzę) nie dojeżdża żadna komunikacja miejska, a taksówek jest jak na lekarstwo?

Darmowa checklista do pobrania

Kiedyś Karol zapomniał bielizny w podróż. Cały dzień zmarnowaliśmy na szukanie sklepów z bielizną w Kijowie. Nie bądź jak Karol. Pobierz naszą checklistę i oszczędzaj czas w podróży (i przed zresztą też).

No dobra to od początku. Jesteśmy w Méridzie. Jest 3. tydzień kwietnia anno domini 2022. Decydujemy się na wycieczkę do ruin Uxmal, które położone są około 100-115 km za miastem. Procedura dotarcia jest dość skomplikowana jak dla klasycznego turysty. Najpierw trzeba znaleźć colectivo, które dojeżdża do miejscowości Muna. W Meksyku znalezienie odpowiedniego colectivo jest jednocześnie łatwe i trudne. Łatwe, bo nawet jak widzisz napis na szybie z twoim punktem docelowym i jesteś po środku niczego, to wystarczy machnąć, a bus się zatrzyma i zgarnie cię z ulicy. Pomagają też, jeśli jedziesz z przesiadką. Pamiętacie jak było w Belize? Tutaj jest podobnie. Kierowcy sami się komunikują między sobą, dzięki czemu nic nie trzeba załatwiać. Generalnie wsiadasz, mówisz dokąd i jedziesz. 

Dlaczego trudno? Bo jak jedziesz od początku trasy, to musisz znaleźć stację z colectivo, coś na kształt mini dworca autobusowego. Większość z nich umieszczona jest w wąskich (naprawdę wąskich) bramach podwórek, więc z ulicy, bez pokazania palcem, nie jesteś w stanie rozpoznać skąd, po co i dlaczego. Żeby zwiększyć poziom trudności, to dodatkowo w całym mieście rozlokowane są większe dworce. Oczywiście w internecie nie znajdziesz informacji. Możesz polegać tylko na wskazaniach ludzi z hostelu, którzy… Często też nie wiedzą. Nie wiedzą, bo są wolontariuszami z różnych stron świata, którzy przyjechali na 2 tygodnie do miesiąca i traktują dane miasto jako przystanek w dłuższej podróży. Swoją drogą jest to bardzo dobra opcja, żeby zaoszczędzić trochę pieniędzy i przy okazji dłużej zakotwiczyć w jednym miejscu. 

Dobra, ale nie o tym. No więc znaleźliśmy już naszą stację po około 20 minutach poszukiwań (nawet niezły wynik). Wsiadamy, płacimy coś około 30 pesos za osobę (tak dokładnie to płacimy na końcu trasy, tutaj zawsze się płaci przy wysiadaniu) i jedziemy. Po około godzinie i 15 minutach jesteśmy w Munie. Różne źródła podawały, że może jest jakiś bus do ruin, a może go nie ma. W zasadzie to nie wiadomo. Tak mniej więcej interpretowaliśmy internetowe wpisy. O, bardzo podobnie jak przeprawa na granicy z Belize. Jedno było pewne, jest jeszcze około 10-15 km do pokonania, na dworze +/- 40 stopni w cieniu, więc spacer w 

pełnym słońcu odpada. I tutaj, jak to w podróży, niektóre rzeczy dzieją się same. Podchodzi do nas jakiś przypadkowy lokalny gościu, trochę taki naganiacz taksówek, i pyta czy chcemy taxi do ruin. No Panie proste, że tak. Po co mielibyśmy siedzieć w miejscowości pokroju Żyrardowa. Bez sensu. Więc pan naganiacz znalazł nam taksówkę w całkiem normalnych pieniądzach, która przewiozła nas za około 150 pesos (około 30-35 zł). Juz po 15 minutach byliśmy w ruinach. 

Okej, do tej pory nic nadzwyczajnego. Colectivo, taxi, zwiedzanie, upał, droga woda w turystycznym punkcie. Ot, codzienność przeciętnego podróżnika. 

Historia dopiero się zaczyna podczas powrotu.

Wychodzimy z ruin. Taksówek brak, o busach już nawet nie wspominając. Idziemy 500 metrów do głównej trasy, może tam będzie to mityczne colectivo. Początkowo siadamy w najbardziej zacienionym miejscu wraz z innymi podróżnikami (dziewczyny były z Niemiec). Jak wynikało z krótkiej wymiany zdań wszyscy głęboko wierzymy, że jakiś transport w końcu się pojawi. Kiedy i czy w ogóle? Nikt nie wie. 

Z minuty na minutę było coraz więcej ludzi. W pewnym momencie wpadliśmy na całkiem niestandardowy, jak na nasze standardy, pomysł. Złapmy stopa!

Znamy historię jak ludzie czekają po godzinę, dwie aż ktoś ich zabierze. Często pewnie z litości. My mieliśmy więcej szczęścia. Przeszliśmy jakieś 100 metrów od „przystanku” i już po trzecim machnięciu, po około 5 minutach oczekiwania, siedzieliśmy na wygodnej, tylnej kanapie nowego Dodga. 

– Muna?

– Muna, nawet Mérida. A wy dokąd? 

– Dokładnie to też Mérida. 

– Wsiadajcie, zawieziemy was. 

Znowu porozumiewawczo uśmiechamy się do siebie i przybijamy telepatyczne piątki. Znowu się udało. Tym razem nie chodziło o pieniądze a bardziej o czas. Wieczorem mieliśmy kolejny transport do Valladolid i rozgrywała się korespondencyjna potyczka o być albo nie być dobrego obiadu. Anyway, wszyscy pozostali zostali na przystanku. Wygraliśmy. Około 1.5 godziny do przodu na naszych podróżniczych zegarkach.🙂

Znowu porozumiewawczo uśmiechamy się do siebie i przybijamy telepatyczne piątki. Znowu się udało. Tym razem nie chodziło o pieniądze a bardziej o czas. Wieczorem mieliśmy kolejny transport do Valladolid i rozgrywała się korespondencyjna potyczka o być albo nie być dobrego obiadu. Anyway, wszyscy pozostali zostali na przystanku. Wygraliśmy. Około 1.5 godziny do przodu na naszych podróżniczych zegarkach.🙂

Podróż upłynęła nam bardzo pozytywnie. Jako że nasz hiszpański jest dość podstawowy (a wtedy był jeszcze bardziej podstawowy), to kleiliśmy konwersację w połamanym angielskim. Okazało się, że państwo Flores są z Meksyku, dokładnie z Aguacaliente i zwiedzają Jukatan. Z zawodu są architektami, jakby ktoś pytał. Byli w wieku naszych rodziców, więc ustaliliśmy, że mogą być naszymi meksykańskimi rodzicami na czas tej półtoragodzinnej podróży😅. Niestety nie zatrzymali się w Macu😐. Finalnie zostaliśmy podwiezieni na podziemny parking do ich 5-gwiazdkowego hotelu, który mieścił się około 1,5 km od naszego hostelu. Jak coś to też mieliśmy basen! Różnica polegała na tym, że spaliśmy w 8-osobowym dormie. Państo zgodnie przyznali, że takie podróżowanie to nie dla nich.😅

Podsumowując. Przed naszą wyprawą wielokrotnie słyszeliśmy, że Meksyk taki niebezpieczny i jak autostop, to na pewno będzie to nasza ostatnia podróż i pójdziemy na organy, niczym Toyota na części. Nie tym razem. Znowu warto było zaufać nieznanym Meksykanom. Im dłużej podróżujemy po tym pięknym kraju, tym bardziej jesteśmy przekonani, że w Europie wciąż są żywe krzywdzące steretoypy na temat Ameryki Środkowej bazujące na pojedynczych przypadkach. Jedna rzecz się potwierdza. Jeżdżą tutaj jak wariaci. Wyprzedzanie na zakręcie, na podwójnej ciągłej i na trzeciego, wszystko w jednym czasie, to zupełna norma. Nasz kierowca nie ustępował wyznaczonym standardom.

Pozdrawiamy!

Mamy dla Ciebie mały prezent!

Dzięki, że dotarłeś do końca!

Lataj bez bagażu rejestrowanego. Darmowa checklista, co spakować w 40 litrowy plecak. Tylko przydatne rzeczy, bez zbędnych kilogramów. 

POBIERAM!

Dodaj komentarz