
Kostaryka: ostatni przystanek
Spis treści
Kostaryka: ostatni przystanek
Nasza przygoda powoli zmierza ku końcowi, Kostaryka jest ostatnim przystankiem na mapie. Dodajmy, że zdecydowanie za krótkim. Mówiąc precyzyjniej. Wpis zacząłem na plaży Playa Potrero, słuchając rozbijających się fal oceanu skompanych w promieniach gorącego słońca, a kończę w samolocie linii Ryanair z Londynu do Warszawy. Tym razem słucham stewardess promujących rewelacyjne loteryjne bony i perfumy w świetnych cenach. Ah! Co za oferta!
Musicie wiedzieć, że ta trudniejsza, bardziej wymagająca część życia podróżnika to około 80-90% całego czasu. Weźmy przykład pierwszy z brzegu. Przemieszczanie się z miasta do miasta w krajach trzeciego świata. Często jest to piękna przygoda a sama podróż to już bułka z przysłowiowym masłem, nawet jeśli na 120 km odcinku mamy 4 przesiadki, a cała trasa zajmuje około 9 godzin. I tak nie jest to najbardziej wymagająca część wycieczki. Przed taką podróżą niejednokrotnie spędzaliśmy godziny, nieraz w podobnym zakresie jak sama podróż, szukając
rozwiązań, siatek połączeń i czy na pewno zdążymy na ostatni autobus, który odjeżdża o 12 z przystanku, który jest pośrodku niczego. Jak nie zdążysz, to musisz wspiąć się na wyżyny polskiego sportu narodowego, czyli kombinatoryki stosowanej. Na szczęście jesteśmy w tym całkiem nieźli.
Podróż z Nikaragui do Monteverde w Kostaryce.
Start o godzinie 8:45 z hostelu. Prom z wyspy Ometepe odpływa o 9. Jesteśmy w przeddzień nadchodzącego huraganu Bonnie, który zmierza w kierynku karaibskiego wybrzeża Kostaryki i Nikaragui. Co prawda jesteśmy dość daleko od punktu kulminacyjnego żywiołu, jednak istnieje prawdopodobieństwo, że utkniemy na wyspie na dłużej niż planowaliśmy… Na tyle długo, że moglibyśmy ominąć nasz lot powrotny do Europy (faken, może trzeba było zostać, byłaby jakaś sensowna wymówka). Potencjalne utknięcie związane jest z zawieszeniem kursowania promów. Do kiedy? Nikt nie wie. Nikt nie jest w stanie przewidzieć siły żywiołu. Tym samym decydujemy się na opuszczenie Nikaragui dzień wcześniej niż zakładaliśmy. Wieczór przed 2-godzinny research po całym intensywnym dniu. Jak dojechać z miejsca A do B. O której są autobusy. Przy okazji trzeba znać koszty pojedynczych busów, bo gringos lubią kasować podwójnie, np. za plecak, który i tak leży na twoich kolanach przez 3 godziny drogi. No nic. Jak to jeden z podróżników ujął. „Może dzięki temu jesteśmy w stanie tutaj bezpiecznie przeżyć i nikt nas nie rusza.” Coś za coś. Nazwijmy to „podatkiem od bezpieczeństwa”.
Okej, ruszamy z Ometepe zgodnie z planem. Jeszcze w ostatniej chwili zahaczamy o sklep i łapiemy ostatnie suweniry: kawę i cygara.
Darmowa checklista do pobrania
Prom płynie około 1.5 godziny. Docieramy do miejscowości San Jorge, a stamtąd łapiemy taxi colectivo (dzielone z obcymi ludźmi) do pobliskiego Rivas, skąd odjeżdżają busy do granicy. Oczywiście po zejściu z promu od razu są 3 opcje taksówek, możliwość zakupu wody i bananów. Pełne osaczenie. Niemniej decydujemy, że przejdziemy około 100 metrów. Tym sposobem oszczędzamy 1 USD na osobę. Czyli kurs kosztuje 30 (około 3.5 zł) Cordob zamiast 70 na głowę.
Dojeżdżamy do dworca. Już wcześniej robiliśmy
kurs w drugą stronę, więc wiedzieliśmy jak to działa. Dodatkowo w kilku miejscach wyczytaliśmy, że Rivas to swego rodzaju ewenement, nawet jak na Amerykę Środkową.
– Za ile kolejny autobus?
– Był 15 minut temu, kolejny za 2 godziny. Ale mamy taksówkę za 10 USD od osoby.
Pfff, klasyk. Nie tylko tutaj spotkaliśmy się z klasycznym zdzieraniem z „bladych twarzy”. Oczywiście w Rivas nic już nie jeździ, tam gdzie chcecie się dostać wszystko już pojechało, albo wiecie co. W sumie to ostatnio zmienili kursowanie i autobus jest tylko o 3:30 rano. Jasne. Znamy te numery.
Tym razem łapiemy busa do Peñas Blancas na granicę. Wsiadamy do naszego ulubionego chickena i mamy około 40 minut do pokonania. Był bym zapomniał. Wszyscy taksówkarze wspominają jak ta granica jest daleko i że autobusem to z 3 dni się jedzie. Rzeczywiście w Nikaragui dostęp do internetu ma zaledwie 11% społeczeństwa. Widocznie nie wiedzą, że w każdym smartfonie jest Google Maps i/lub Maps.me (polecam, świetnie się sprawdza offline!). Zresztą smartfon też się tutaj wydaje rarytasem. Popularnością wciąż się cieszą stare, dobre telefony z klawiszami.
Chicken Bus: rozsiedliśmy się wygodnie koło lokalsów. W zwyczaju mam, znając już kilka zdań po hiszpańsku, o pytanie współpasażerów o rzeczywistą cenę podróży, tak żeby nie zostać skasowanym podwójnie. Patrzę na pana w zielonej, trochę zniszczonej koszulce. Pan na mnie. Normalnie już mam odpowiedź i wymianę uśmiechów za sobą. Tym razem jest inaczej. Pan dalej patrzy i coś mówi. Bardzo nie wyraźnie. „No entiendo, otra vez.” – dodaję. Na to Pan z niezbyt przyjazną miną i przeszywającym spojrzeniem. 40, może 50 cordobas. Okej. Zawsze jakieś info. Po chwili dodaje. I 20 cordobas dla mnie. Że co?! Niby za co? W zasadzie bo tak, bo możesz siedzieć koło mnie. Oczywiście tak nie powiedział, coś poseplenił po hiszpańsku. Tutaj pana skwitowałem niezbyt uprzejmym uśmiechem i jak tylko nadarzyła się okazja to zmieniłem miejsce. Nie ukrywam, że tętno trochę podskoczyło. Nigdy nie wiesz, co taki typ ma pod kopułką i jakie zamiary skrywa, szczególnie że sytuaowanie społeczeństwa nie jest na najwyższym poziomie.
Przejazd kosztował 30 cordob. Pan nie dostał swoich 20 i nic się nie stało. Dojeżdżamy do granicy, a tu… O Panie. Prawdziwa Niakragua. Zanim wysiedliśmy z ciężkimi plecakami dookoła nas już stali i krzyczeli: sprzedawcy wody i orzeszków (dwie różne osoby), facet z kartami sim, 4 typów w koszulkach z flagą Kostaryki, oferując przejazdy od granicy i na deser 2 taksówkarzy, którzy dowiozą nas na drugą stronę granicy. Co prawda trzeba przejść z kilometr, jednak nie jest to jakaś wyprawa życia. Na granicy klasyczny burdel. Sklepiki i punkty gastronomiczne (a raczej takie budy). Kupując wodę Pan mało co nie dorzucił mi pawia w zestawie, taki był upojony alkoholowym szczęściem.
Przeprawa przez granicę Niki to jedna z najdziwniejszych w tym regionie (a może i na świecie?). Najpierw jeden punkt kontrolny, potem drugi. Płacisz kilka dolarów za wyjazd z kraju. Dodatkowo musisz przejść z punktu do punktu dość spory kawałek jak na przejście graniczne. Na drugim z nich skanują bagaże. Oczywiście w kieszeniach możesz wnieść co chcesz i w dowolnych ilościach. Ah, ta piękna niekonsekwencja.😀. Kolejne 500 metrów i granica Kostaryki. Sprawdzenie paszportów, pieczątka. I to by było na tyle. Spod samej granicy odjeżdża autobus.
Korzystając z tego, że jest za około półtorej godziny jemy obiad w lokalnej knajpce przeznaczonej głównie dla kierowców ciężarówek.
Po stronie kostarykańskiej mamy małą zagadkę. Jedziemy busem do miejscowości La Irma, w której nie ma nic poza stacją benzynową i kawiarnio-restauracją. W pamięci mamy, że jedyny autobus do Monteverde jest o 15 lub 16. W sumie to nikt nie wie, bo podobno zmienił się rozkład, ale kto by się przejmował oficjalną informacją.
Anyway, jesteśmy o 16:30. Pytamy się w knajpce o możliwości dojazdu do Monteverde. Aha, dość ważne. Słońce zachodzi już o 18, a po zmroku nie jest zbyt komfortowo. Mamy półtorej godziny, żeby złapać transport. No więc wszystkie busy odjechały jakieś 15 minut temu (tym razem wierzymy, pan z restauracji nie ma interesu, żeby nas zerżnąć na dodatkowe 10 centów). Jedyna opcja? Hitch-hicking, czyli nic innego jak autostop.
Stoimy z 10 minut. W końcu zatrzymuje się autobus, taki jakim mieliśmy jechać, jednak przemieszcza się w drugą stronę. Kierowca pyta gdzie jedziemy. Łapie za telefon i dzwoni do innego kierowcy, który robi inny kurs.
Szybka konsultacja. Wsiadajcie. Podrzucę was jakieś 15 minut stąd, a potem zgarnie was tamten. Te autobusy to taki odpowiednik naszych PKS-ów, z tą różnicą, że zatrzymuje się wszędzie na żądanie, nie ma wyznaczonych przystanków. Kochamy tą lokalną uprzejmość i elastyczność. Ponownie mamy farta i „jakoś damy radę” świetnie się sprawdziło w praktyce.
Po pokonaniu 30 kilometrów w półtorej godzinny i łącznym czasie podróży, który wyniósł około 9 i pół godziny docieramy do Monteverde. Przed nami tyrolka, tarzan swing i cloud forest. Witamy w pięknej Kostaryce!
Mamy dla Ciebie mały prezent!
Dzięki, że dotarłeś do końca!
Lataj bez bagażu rejestrowanego. Darmowa checklista, co spakować w 40 litrowy plecak. Tylko przydatne rzeczy, bez zbędnych kilogramów.
POBIERAM!

