
Belize? To jakieś miasto, państwo? Gdzie to, kur*a, jest?!
Takie pytania słyszałem przed wyjazdem. Przyznam, że dopiero z półtora roku temu dowiedziałem się o istnieniu takiego tworu na mapie świata. Znaczy, żeby nie wyjść na kompletnego ignoranta, trochę się wytłumaczę. Wiedziałem, że istnieje takie państwo, ale nie do końca wiedziałem, gdzie znajduje się na mapie świata. Śmieszne? To gdzie dokładnie leżą słynne Malediwy? (nie sprawdzając w Google)
A może w ten sposób?
„-Polska? Pierwsze słyszę. Gdzie to?
– Pomiędzy Niemcami i Ukrainą…[chwila ciszy] W Europie.
– Mhm”
Tak wyglądała rozmowa z młodą Belizyjką poznaną na szczycie świątyni w Xunantunich (Szunantunisz, jakby ktoś pytał). I teraz zagadka, czy to była złośliwość na moją dygresję, że nie wygląda jak lokals (tutaj jako komplement). Czy może żyjesz w równie mało znaczącym kraju dla Belizjczyków jak dla Polaków Belize? Czy może poziom edukacji jest tutaj tak niski, że nie wiedzą, gdzie leży bądź, co bądź, całkiem spore europejskie państwo ze znaczącą dla losów świata historią? Tego już raczej się nie dowiem.
Z drugiej strony, kilkakrotnie spotykałem się z bardzo pozytywnym odzewem związanym z pomocą Ukrainie i Ukraińcom. Poland respect appreciates it! Tak mówili panowie rastamani.
Jeśli podsumować Belize jako kraj to powiedziałbym, że ludzie są uśmiechnięci i serdeczni. Piękne krajobrazy, bujna i kolorowa roślinność, elastyczna komunikacja publiczna (wątek rozwinę w kolejnym wpisie). Jednocześnie jest to kraj drogi do codziennego życia. Co więcej, podróżując do sąsiedniej Gwatemali okazuje się, że za podobnego rodzaju towary czy usługi zapłacimy kilkakrotnie mniej. Żeby przybliżyć wam skalę lokalnego problemu przytoczę anegdotę, która wyszła w rozmowie z Belizejczykiem, który jest przewodnikiem po ruinach Majów w Cahal Pech (nota bene Belizeyjczycy mają sporo kompleksów względem innych narodowości anglojęzycznych, co też się ujawniało w rozmowach). Mianowicie rozmawialiśmy z Wilsonem na temat ATM Caves. Są to jaskinie, które przez National Geographic zostały ochrzczone mianem „the most secret caves in the World”. I rzeczywiście! Jaskinia okazała się świetna, a sama eskapada to niespotykane nigdzie indziej doświadczenie. Wracając do samej rozmowy okazało się, że Wilson, mimo że mieszka 30 minut drogi od ATM, nigdy nie odwiedził tych jaskiń! Nie przyznał nam się do tego, jednak tutaj pojawia się wątek ekonomiczny. Jak nam udało się ustalić w kolejnych rozmowach (już z Kenem, ziomkiem Wilsona, a w następnej również z Albertem, właścicielem hostelu) średnia pensja w Belize (obstawiam, że w tej części kraju bliżej Gwatemali) to około 500-700 belizyjskich dolarów (kurs do dolara amerykańskiego wynosi 1:0.5, czyli za 1 USD dostaniesz 2 BZD)! Wynajem mieszkania w San Ignacio to koszt około 400 BZD. Swoją wiedzę postanowiłem też zweryfikować w Wikipedii, która informuje, że średnia pensja to około 1100 BZD, więc wciąż nie są to jakieś „kokosy”.
Na wyspie, z nielicznymi wyjątkami, usług komunalnych, jedynym środkiem transportu są golf-karty, czyli meleksy (takie jak na polach golfowych). Wszystkie drogi są szutrowe, nigdzie nie ma asfaltu, więc jak przypłynęliśmy podczas deszczu, ulice dosłownie płynęły błotem w kolorze cementu. Przyznam, że robi to wyjątkowy klimat i nie przeszkadza to w codziennym funkcjonowaniu, szczególnie że deszcz jest jednak sporadycznym zjawiskiem.
Caye Caulker jest trochę droższe niż na lądzie, o jakieś 20%. Koszt dopłynięcia też nie jest najmniejszy, bo za kurs promem w dwie strony (40 minut z Belize City) zapłaciliśmy 75 BZD, czyli ponad 150 zł za osobę. Generalnie muszę przyznać, że wyprawa do Belize to dość droga impreza. Składają się na nią oprócz kosztów przejazdów dodatkowe podatki za opuszczenie kraju i obowiązkowe ubezpieczenie turystyczne (więcej na ten temat w następnym wpisie).
Wróćmy do wątku o Belizejczykach. Jest to naród (w mojej ocenie) dość zakompleksiony. Przykład rozmowy z Albertem. Opowiadał o swojej siostrzenicy, która pracowała na recepcji w hostelu. Przy naszym międzynarodowym stoliku (Polacy, Polka mieszkająca w Niemczech, Holenderka i Belizyjczyk – właściciel hostelu) wszyscy ustaliliśmy, że dziewczyna jest niesamowicie otwartą i chętną do pomocy osobą. Co się okazało. Albert prowadzi hostel od dwóch lat i właśnie tyle zajęło mu „otworzenie” dziewczyny (Cholera, nie pamiętam jej imienia. Justyna mówi, że jest podobna do Fridy Khalo, więc niech będzie Frida). Główną obiekcją, kompleksem Fridy, był jej specyficzny angielski akcent. Wstydziła się mówić w swoim macierzystym języku do obcokrajowców! Bała się ich reakcji i potencjalnego niezrozumienia.
Trzeba przyznać, że Belizejczycy (nie wszyscy) mówią dość „brudnym” angielskim, a w niektórych przypadkach połączonym z lokalnym dialektem, który jest mieszanką angielskiego, hiszpańskiego, majańskiego i cholera wie jeszcze jakiego. No więc Frida bała się, jak zostanie odebrana. W mojej ocenie jej angielski brzmiał naprawdę nieźle.
Tu mała dygresja. Well, mój angielski też nie jest perfekcyjny, tym bardziej mój mocno słowiański akcent potrafi dać się we znaki w rozmowie z bardziej wytrawnym brytyjskim mówcą, jednak wciąż jest to drugi język, a nie podstawowy.
Tydzień w Belize minął błyskawicznie i już jesteśmy ponownie w Meksyku, tym razem w Meridzie.



