
Tikal – czyli inspiracja dla George’a Lucas’a
Spis treści
Tikal – czyli inspiracja dla George’a Lucas’a
Wpis powstaje 19.06.2022 podczas podróży z Salwadoru do Nikaragui (Update: powstał tylko do połowy w związku z przekraczaniem granic Salwadoru z Hondurasem i Hondurasu z Nikaragu. Kończę go w drodze z León do Granady). Zaraz zbliżamy się do granicy z Hondurasem.
Nasza meksykańska sielanka dobiegła końca po około dwóch miesiącach. Jak już wiecie z jednegi z poprzednich wpisów 27.05 zameldowaliśmy się w Gwatemali.
I od razu zaczynamy na grubo, bo już następnego dnia, dokładnie o 3 rano mamy zbiórkę na wycieczkę do jednych z najważniejszych majańskich ruin w Tikal, które oddalone są o około półtorej godziny drogi od Flores, w którym ulokowane jest cała turystyczna infrastruktura.
Dlaczego tak rano? Powodów było kilka. Po pierwsze liczyliśmy na wschód słońca w ruinach.
Po drugie rano zawsze jest więcej zwierzątek niż w godzinach około południowych, gdy zjadą już wszystkie autobusy z turystami.
Po trzecie (a może po pierwsze😅) o 13 czasu gwatemalskiego grany był finał Ligi Mistrzów. Takie wydarzenie wymaga poświęceń jak to ujął jeden z kolegów, który w tym samym czasie był w Uzbekistanie. Tam z kolei mecz rozpoczynał się o północy czasu lokalnego, a kolega miał zaplanowaną pobudkę na godzinę 6 rano. Przynajmniej nie byliśmy sami w tych trudnych chwilach. Futbol wymaga wyrzeczeń.
Dobra, to teraz to trochę uporządkujmy. Co, jak i dlaczego.
Tikal jest, wg. większości historyków, w TOP 3 najważniejszych majańskich miast. Prym wiedzie Calakmul i El Mirador.
Darmowa checklista do pobrania
Oh, El Mirador. Plan na bliżej nieokreśloną przyszłość jako uzupełnienie Ameryki Środkowej. Ukryte miasto w środku dżungli, odkryte zaledwie w 3%, wciąż porośnięte bujną roślinnością. Obecnie brakuje środków na dalsze prace archeologiczne. W skrócie. Idzie się 2 dni, około 47 km trekkingu w dżungli. Śpisz w samym jej centrum. Z relacji osób, które były w nocy najlepiej słychać węże. Następnie eksplorujesz 1,5 dnia i wracasz kolejne 2 dni. Brzmi jak dobra przygoda. Trzeba tam wrócić zanim władze znajdą środki na zrobienie tego miejsca turystyczną perełką. Ponoć potencjał jest olbrzymi.
—
Było to nasze drugie podejście do odwiedzenia tych ruin. Pierwsze miało miejsce 2 miesiące wcześniej, gdy planowaliśmy podróż do Belize. Wtedy jednak stwierdziliśmy, że nie będziemy generować dodatkowych kosztów spowodowanych przekraczaniem belizejskiej granicy. Tym razem dobrze się złożyło i cały nasz plan spiął się perfekcyjną klamrą.
—
Jako że wchodzimy na teren parku narodowego i ruin w Tikal jeszcze grubo przed otwarciem, sami musimy zaopatrzyć się w bilety. W tym celu dzień wcześniej udajemy się do lokalnego banku. Przepłacamy dwukrotnie za bilety (tak, jeśli chcesz wejść wcześniej stawka jest double), a w między czasie starszy pan stojący w kolejce stacza ciekawy monolog. Znaczy mamy nadzieję, że był ciekawy. Pan w ogóle nie zraża się tym, że nic nie rozumiemy z tego co mówi, a nasze odpowiedzi ograniczają się do przytakiwania i uśmiechów. No nic, taki przyjazny urok Ameryki Środkowej. Dodatkowo obok nas stoi idealna kolejka złożona z młodych żołnierzy.
Ustawieni jak od linijki. Ogólnie kolejka do banku jest na jakieś 25 osób. Nie raz widzieliśmy taki obrazek w tej części świata, jednak dotychczas nie mieliśmy okazji być jego częścią. No dobra, ale po co wszyscy ludzie stoją w takiej kolejce do banku? Ano, że prosto po wypłacie, która wypłacana jest co 2 tygodnie, wszyscy biegną do banku i wyciągają co się da. Odnotujmy też, że bankomaty mają limity wypłat w kwocie 2000 Quetzali (jakieś 1100 zł). Widać to zaufanie do lokalnych walut. Dodajmy, że wszystkie z nich (Pesos, Quetzale, Cordoby) są silnie skorelowane z kursem amerykańskiego dolara. Nie ukrywam, że przy słabnącej złotówce (a właściwie to przy wzmacniającym się dolarze) trochę to odczuliśmy.
Około 4:30 dojeżdżamy do ruin. Cisza i ciemność. Jesteśmy po środku dżungli, brak żywej duszy. Nasza grupa składała się z 5 osób i przewodnika. 3 pozostałe panie to Gwatemalki. Idziemy chodnikiem, który prowadzi z toalet i głównego budynku. W ciągu dnia pewnie jest tutaj jak w ulu, jednak teraz totalna cisza i z trudem można dostrzec własną wyciągniętą rękę. Nagle jakiś krzyk (my idziemy na końcu). Jedna mówi, że coś na nią skoczyło. W pierwszej chwili myśleliśmy, że to żaba, których w porze deszczowej tutaj pełno. W porę z błędu wyprowadził nas przewodnik. „A spokojnie, to tylko tarantula”😆. No nic, dwa dni wcześniej widzieliśmy taką w Palenque, raczej nie chciałbym mieć z nią bezpośredniego spotkania.
Wchodzimy w głąb terenu ruin. Około 30 minut marszu w ciemności w dżungli. Jedyne co słychać to deszcz. Przed 5 jesteśmy przy najsłynniejszej świątyni w Tikal, jednak nie ona jest celem marszu. Świątynia numer 4 na której mamy zobaczyć piękny wschód. Powietrze jest gęste, ciężkie, nasączone wilgocią i zapowiadającym się gorącem. Dżungla ma bardzo charakterystyczny zapach. Szczególnie po deszczu. Cały czas mrzy.
Jesteśmy na górze świątyni. I… nic nie widać. No dobra, trzy małpki skaczące z drzewa na drzewo. Piękny wschód słońca, nie ma co. A nie dodałem wcześniej. Transport o 3 rano też jest dwa razy droższy niż normalnie. 😅
Przewodnik wspomina, że nigdy nie wiadomo na jaką pogodę trafimy, a niejednokrotnie wszystko się zmienia z minuty na minutę. Akurat tym razem nie mieliśmy takiego szczęścia.
Aleeeee mieliśmy możliwość obserwacji
obiecanych zwierzątek. Rzeczywiście z rana są bardzo aktywne. Tym sposobem małpy, tukany czy papugi były na wyciągnięcie ręki. Make long story short. Trochę pokręciliśmy się po ruinach, zrobiliśmy ładne zdjęcia i koło 9 zjedliśmy śniadanie. W tym czasie zjechało większość „normalnych” turystów.
Koło 11 wróciliśmy do Flores, a punktualnie o 13 zameldowaliśmy się w lokalnej knajpce na meczu Ligi Mistrzów. Co ciekawe lokalsi żywo interesują się europejskim futbolem, a gadżety Barcelony czy Realu Madryt można spotkać na każdym kroku. W miejscu gdzie oglądaliśmy mecz pani właścicielka odziana była w koszulkę Flores – Real. Wydaje się, że to jakiś lokalny fan club.
Informacje praktyczne:
Koszt biletu: 250 Q za osobę lub 125 Q
Koszt wycieczki z lokalnego biura podróży: 230 Q za osobę lub 120 Q.
Wyższa ceny dotyczy wycieczek na wschód i zachód słońca.
Mamy dla Ciebie mały prezent!
Dzięki, że dotarłeś do końca!
Lataj bez bagażu rejestrowanego. Darmowa checklista, co spakować w 40 litrowy plecak. Tylko przydatne rzeczy, bez zbędnych kilogramów.
POBIERAM!

