
Salwador – Nikaragua, czyli plany w podróży
Spis treści
Jedziemy do Nikaragui na własną rękę… A przynajmniej próbujemy.
Jest sobota 18.06.2022 roku. Wieczór wcześniej decydujemy wraz z naszym tymczasowym kompanem podróży – Alenem z Niemiec – że do Leon w Nikaragule spróbujemy dotrzeć transportem publicznym. Decyzja zapada po rozmowie z jednym z lokalsów w naszym hostelu. Pamiętajcie, że tutaj ludzie zawsze są bardzo pomocni. Szczególnie jak im się coś wydaje. To już wystarczy do doradztwa – nie znam się, lecz się wypowiem. Trzeba przyznać, że często są niezwykle przekonujący. Tak też było tym razem. Znowu daliśmy się nabrać…
Początkowo mieliśmy sprawdzoną opcję transportu z El Tunco, surferskiej mekki, do Leon tzw. shuttle busem za 50 USD. Dość sporo, ale biorąc pod uwagę, że dwa dni wcześniej Nikaragua zniosła obowiązkowe testy PCR za co najmniej 60-90 USD, to i tak oferta wydawała się atrakcyjna. Niemniej nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali tańszych, lokalnych opcji. Z pewnością nasza podróż wyglądała ciekawiej niż zwykla wyprawą umówionym wcześniej busem. Aha, dodajmy, że bus lokalnej firmy wg. salwadorskiego jegomościa miał kosztować około 25 USD. Nie muszę dodawać, że jest to wykwintny obiad. A przynajmniej butelka wina gratis. Nasz dzień wyglądał mniej więcej tak:
Wstaliśmy przed 7 rano i już koło 7:30 byliśmy w podróży do San Salvador oddalonego od El Tunco o około 1:30 godziny drogi. Łapiemy pierwszego chickena, który zmierzał do La Libertad oddalonego o około 20 minut. Następnie zmieniamy autobus na bezpośredniego do San Salvador. Około godziny drogi i wysiadamy na dworcu Occidiente. Trzeba przyznać, że całkiem spory. Chaosem przypominał ten w albańskiej Tiranie. Różnica polegała na tym, że tutaj nikt nie krzyczał „Saranda!” i dodatkowo był ogromny bazar. Trzeba przyznać, że latynosi sa niezwykle konsekwentni niezależnie od kraju pochodzenia. Nikt nic nie wie.
Darmowa checklista do pobrania
W końcu kierują nas do firmy transportowej jeżdżącej do Nikaragui. Tam pani płynnym hiszpańskim informuje nas, że owszem jest bus, ale dopiero jutro rano, a i tak musimy 43 formularze graniczne i poczekać po wypełnieniu 3 dni na odpowiedź od konsulatu Nikaragui. Super. Nie rezygnujemy, mamy inny adres w mieście, do innej firmy transportowej. Bierzemy super taniego ubera za 2.1 USD i po kilkunastu minutach witamy kolejny dworzec, tym razem bardziej kameralny. Cristobal Colon, czyli po naszemu Krzysztof Kolumb. Nikaragua? Nie, tylko Gwatemala. Ale tam jeździ do Nikaragui. Eh, okej. Kolejny Uber, teraz już za 4 USD. Okazało się, że firma ma swoją siedzibę na wprost naszego poprzedniego hostelu, co nie jest bez znaczenia, bo… Znowu zostajemy poinformowani, że dzisiaj to nie, dopiero jutro rano. Za 55 USD. Kwota odbiega od obiecanych 25… No nic. Ważniejsze jest, że i tak nie mamy kwitów, więc pewnie poczekamy na akceptację.
Nice. Ok, hostel obok to chociaż posiedzimy w miłym miejscu i mamy hasło do wifi. Jest 11:30. Chicken busami do granicy to i tak minimum 3,5 godziny + przeprawa graniczna + droga przez Honduras i do tego jeszcze to, że ostatni bus z granicy w Nikaragui odjeżdża o 17:30. Jesteśmy pogodzeni z naszym losem, że zostaniemy w Salwadorze na kolejną noc.
—
W sumie nie wiemy dlaczego, raczej tak nie miewamy, ale ten kraj jakoś nie przypadł nam do gustu. Może dlatego, że cały czas padał deszcz. Może dlatego, że wszędzie są druty kolczaste a połowa społeczeństwa wygląda jak kryminaliści (ale żeby było jasne: cały czas czuliśmy się bardzo bezpiecznie, a finalnie ludzie są bardzo przyjaźni). Niemniej chcieliśmy jechać dalej i zostawić Salwador za sobą.
—
Siedzimy w hostelu, zastanawiamy się co robić. Czy może La Union przy granicy i próbujemy przeprawy następnego dnia. Czy nocujemy w San Salvador i bierzemy firmę transportową, czy wracamy kolejne 1.5 godziny do El Tunco z nadzieją na tani nocleg i rano jedziemy shuttlem.
W międzyczasie wydarzyła się historia za którą podróże lubię najbardziej. Wyobraźcie sobie scenerię tego dnia. Obrzydliwa pogoda, cały czas pada, wasz plan rozsypał się na kawałki jakieś półtorej godziny wcześniej, do tego kierowca chickena wydymał cię na dodatkowego dolara i jeszcze odczuwasz skutki picia dnia poprzedniego, a Justyna dostała gorączki. Wszystko idealnie .
I nagle do hostelu wbija para Polaków. Co nie jest oczywiste w tej części świata. Państwo oznajmiają, że właśnie sobie przebiegli maraton i jutro o 5 rano mają kolejny w stolicy Nikaragui – Managule. Lot o 21. Myślę sobie: maraton, w takim miejscu. Na ulicy nie widzieliśmy żadnych oznaczeń, ruch przebiegał normalnie, zero informacji. Ale okej, rzeczywiście mają plakietki na koszulkach, nazwiska też są wpisane i wyglądają jakby dużo przebiegli . Od słowa do słowa, co się okazuje. Wojtek, popijając browarka marki Pilsener (nie mylić z czeskim Pilsnerem!) stwierdził, że jego celem jest przebiegnięcie maratonów we wszystkich krajach świata! Na liczniku już około 140 państw. [update na koniec września 2025: Wojtek obecnie przebiegł maratony w 187 krajach świata – wpadajcie na jego profil śledzić jego przygody].
Paszport w ciągu ostatnich 4 lat wymieniał 5 razy, a ponadto lata na dwóch, bo czasami jeden czeka w ambasadach na wizę, a on leci na bieg. Np. do Syrii lub Pakistanu. Oczywiście wszystko jest legitne. Mamy w Polsce prawo, które na to zezwala przy odpowiedniej argumentacji. Także Wojtek przez ostatnie 4 lata średnio co 5 dni biega maraton. Każdy z nich jest organizowany w pełni profesjonalnie, często we współpracy z odpowiednimi komórkami rządowymi w poszczególnych państwach. Wyjaśnił, że na świecie jest grupa kilkudziesięciu osób, które ścigają się o kolejne rekordy. Nasz bohater obecnie zajmuje 5-6 miejsce. Chapou Ba! Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy i będzie okazja do wspólnego piwka.
Ania, współtowarzyszka od maratonu, w międzyczasie spała na sofie w hostelowym patio. Wcale się nie dziwię.
Wróćmy do naszej podróży. W międzyczasie, po straceniu wszelkich nadziei, postawiliśmy na opcje najbardziej sprawdzoną, czyli shuttle bus następnego dnia rano. Został nam tylko powrót do El Tunco. Na miejscu zawitaliśmy koło 17:30. No nic, takie dni w podróży też się zdarzają. Przynajmniej próbowaliśmy.
Dodajmy, że podróż door-to-door i tak trwała około 12 godzin, a kierowca spóźnił się ponad półtorej godziny.
—-
Projekt Wojtka możecie śledzić tutaj – polecanko!
A Ania jest tutaj. Też niemały profil.
—-
Informacje praktyczne:
El Tunco – San Salvador: bezpośredni bus linii 102A za 1.5 USD.
Opcja z przesiadką El Tunco – La Libertad za 0.23 USD busem numer 80 i w La Libertad zmiana na 102 lub 102A. Koszt to 1 USD z plecakiem (0.59 bez plecaka).
Chciałbym jeszcze nadmienić, że w 2022 roku nie biegaliśmy maratonów i misja przebiegnięcia jakiegokolwiek biegu dłuższego niż 15 km wydawała się nieosiągalna. Projekt Wojtka wciąż rośnie i robi wrażenie, jednak na tym etapie już kilkukrotnie zdążyliśmy się zapoznać, co to znaczy przebiec 42,195 km.
Mamy dla Ciebie mały prezent!
Dzięki, że dotarłeś do końca!
Lataj bez bagażu rejestrowanego. Darmowa checklista, co spakować w 40 litrowy plecak. Tylko przydatne rzeczy, bez zbędnych kilogramów.
POBIERAM!

