
Wyobraźcie sobie sytuację, że jedziecie autem, nie 4×4, w miejsce, prawie że 4×4, po drodze szutrowej w środku lasu, pomiędzy górami, wynajętym z wypożyczalni vanem, który jest waszym domem, sypialnią, kuchnią i transportem w jednym. Jedziecie przez 2 godziny po drogach napędzanych adrenaliną z widokami z pocztówek szwajcarskich Alp czy nowozelandzkich gór. Jesteście 5 minut od celu lub jak kto woli, 3 kilometry. Pęcherz ściska niemiłosiernie, więc przy pierwszym możliwym do zaparkowania miejscu wychodzicie załatwić potrzebę w naturze. Odwracacie się, a tam powietrze z tylnej opony aż syczy. W tym momencie wasz plan na zobaczenie obiecanego widoku w parku narodowym Ben Lomond w Tasmanii bierze w łeb. Do tego nigdy w życiu nie zmienialiście koła, bo nie było takiej potrzeby. Telefony pokazują zerowy zasięg. Jesteście tylko wy, wasza pamięć, która w swoich odmętach próbuje odkopać filmik o wymianie opony, który otrzymaliście z wypożyczalni przed wyjazdem. Wiadomo, że to obejrzeliście i wszystko jest takie proste. Zresztą setki razy widziałem, jak ktoś zmienia oponę. Kilka śrubek, lewarek, klucz i lecimy. Easy. Jeśli wiesz, jak zdjąć zapasowe koło, które znajduje się pod boxem ze wszystkimi rzeczami, który jest przymocowany do bagażnika auta.
Pierwsza misja poszła sprawnie, mamy narzędzia do wymiany koła. Ze zdjęciem zapasu idzie znacznie gorzej. Po kilku minutach przejeżdża samochód. Zatrzymujemy go. Na drzwiach jest napisane „Botanical Gardens Hobart – Tasmania” – Państwo przyrodnicy, którzy badają nowe gatunki roślin w parku narodowym. Doświadczenie minimalnie większe niż nasze, ale determinacja na poziomie zawodowego sportowca. Pan James kładzie się na ziemi w swojej jasnej koszuli i spodniach, żeby zobaczyć, jak wygląda system zdejmowania opony. Myślę: “Dlaczego on to robi w tych ciuchach?”
Po kilku minutach razem z Fioną zdejmują zapas. Już wiemy, że jesteśmy blisko. W tym momencie pojawia się kolejne auto u steru z byłym wojskowym australijskiej armii. Niestety imienia nie poznaliśmy. Pan wojskowy stwierdza, że wymieniał opony kilkaset razy w swoim życiu. Widać fach w ręku. Dyryguje wszystkimi i pokazuje, jak poprawnie zmienić oponę oraz zachować środki bezpieczeństwa. Po zdjęciu zepsutej opony zawsze kładźcie ją pod samochodem. W najgorszym wypadku samochód zgniecie oponę, a nie was. I to nie żart. Podobno kilka osób rocznie doznaje obrażeń przez spadające z lewarka auto! Myślę, że boli i to bardzo.
Więc wojskowy po kilkunastu minutach szkolenia stwierdza, że już koło zmienione i z resztą sobie poradzimy. Pomachał i odjechał.
My zostaliśmy z botanikami i dokończyliśmy zadanie. Przybiliśmy piątki, wymieniliśmy się Instagramami https://www.instagram.com/fiona_gumboots/ – nawet napisała o nas post 😀.
Ostatnia misja to dojazd na Jacob’s Ladder. I niby możemy jechać naszym autem, ale mamy z tyłu głowy, że jak coś się wydarzy, to tam utkniemy. Decydujemy, że złapiemy stopa. A w zasadzie ten sam się złapał. Tylla, która pracuje w parku narodowym w kawiarni na samym dole, a mieszka na samej górze, zatrzymuje się swoim czerwonym Subaru i pyta, czy wszystko w porządku. Już tak, ale jest jeszcze jedna rzecz do załatwienia.
Zabiera nas na górę, trochę opowiada o miejscu. Wiemy, że jest z Queensland i wróciła po 2 latach z Kanady z Kolumbii Brytyjskiej, gdzie pracowała ze swoim partnerem przy stacjach narciarskich. Niezła amplituda. Tutaj około 20 stopni, tam nawet -35 zimą.
Po wszystkim zwozi nas do auta. Misja Jacob’s Ladder wykonana. Podróż czasami wymaga myślenia poza schematem. Zawsze można było się poddać na etapie wymiany, ale zgodnie z maksymą „w podróży zawsze się udaje”, tym razem też się udało.
Dzięki, że doczytałeś do końca i podziel się z nami swoją opowieścią co nie miało prawa się udać, a jednak los był bardziej łaskawy.



