
Wpis powstaje 19.06.2022 podczas podróży z Salwadoru do Nikaragui (Update: powstał tylko do połowy w związku z przekraczaniem granic Salwadoru z Hondurasem i Hondurasu z Nikaragu. Kończę go w drodze z León do Granady). Zaraz zbliżamy się do granicy z Hondurasem.
Nasza meksykańska sielanka dobiegła końca po około dwóch miesiącach. Jak już wiecie z jednego z poprzednich wpisów, 27.05 zameldowaliśmy się w Gwatemali.
I od razu zaczynamy na grubo, bo już następnego dnia, dokładnie o 3 rano, mamy zbiórkę na wycieczkę do jednych z najważniejszych majańskich ruin w Tikal, które oddalone są o około półtorej godziny drogi od Flores, w którym ulokowana jest cała turystyczna infrastruktura.
Dlaczego tak rano? Powodów było kilka. Po pierwsze, liczyliśmy na wschód słońca w ruinach.
Po drugie, rano zawsze jest więcej zwierzątek niż w godzinach około południowych, gdy zjadą już wszystkie autobusy z turystami.
Po trzecie (a może po pierwsze) o 13 czasu gwatemalskiego grany był finał Ligi Mistrzów. Takie wydarzenie wymaga poświęceń jak to ujął jeden z kolegów, który w tym samym czasie był w Uzbekistanie. Tam z kolei mecz rozpoczynał się o północy czasu lokalnego, a kolega miał zaplanowaną pobudkę na godzinę 6 rano. Przynajmniej nie byliśmy sami w tych trudnych chwilach. Futbol wymaga wyrzeczeń.
Dobra, to teraz to trochę uporządkujmy chronologię zdarzeń.
Tikal jest, według większości historyków, w TOP 3 najważniejszych majańskich miast. Prym wiedzie Calakmul i El Mirador.
Oh, El Mirador. Plan na przyszłość jako uzupełnienie Ameryki Środkowej. Ukryte miasto w środku dżungli, odkryte zaledwie w 3%, wciąż porośnięte bujną roślinnością. Obecnie brakuje środków na dalsze prace archeologiczne. W skrócie. Idzie się 2 dni, około 47 km trekkingu w dżungli. Śpisz w samym jej centrum. Z relacji osób, które były w nocy, najlepiej słychać węże. Następnie eksplorujesz 1,5 dnia i wracasz kolejne 2 dni. Brzmi jak dobra przygoda. Trzeba tam wrócić, zanim władze znajdą środki na zrobienie tego miejsca turystyczną perełką. Ponoć potencjał jest olbrzymi.
Było to nasze drugie podejście do odwiedzenia tych ruin. Pierwsze miało miejsce 2 miesiące wcześniej, gdy planowaliśmy podróż do Belize. Wtedy jednak stwierdziliśmy, że nie będziemy generować dodatkowych kosztów wynikających z przekraczania granicy Belize. Tym razem dobrze się złożyło i cały nasz plan spiął się perfekcyjną klamrą.
O wspomnianym tripie do Belize przeczytacie tutaj.
Jako że wchodzimy na teren parku narodowego i ruin w Tikal długo przed otwarciem, sami musimy zaopatrzyć się w bilety. W tym celu dzień wcześniej udajemy się do lokalnego banku. Przepłacamy dwukrotnie za bilety (tak, jeśli chcesz wejść wcześniej, stawka jest podwójna), a w międzyczasie starszy pan stojący w kolejce stacza ciekawy monolog. Znaczy, mamy nadzieję, że był ciekawy. Pan w ogóle nie zraża się tym, że nic nie rozumiemy z tego, co mówi, a nasze odpowiedzi ograniczają się do przytakiwania i uśmiechów. Taki przyjazny urok Ameryki Środkowej. Dodatkowo obok nas stoi idealna kolejka złożona z młodych żołnierzy.
Ustawieni jak od linijki. Ogólnie kolejka do banku jest na jakieś 25 osób. Nie raz widzieliśmy taki obrazek w tej części świata, jednak dotychczas nie mieliśmy okazji być jego częścią. Po co wszyscy ludzie stoją w takiej kolejce do banku? Prosto po wypłacie, która wypłacana jest co 2 tygodnie, wszyscy biegną do banku i wyciągają, co się da. Odnotujmy też, że bankomaty mają limity wypłat w kwocie 2000 quetzali (jakieś 1100 zł). Widać to zaufanie do lokalnych walut. Dodajmy, że wszystkie z nich (Pesos, quetzale, cordoby) są silnie skorelowane z kursem amerykańskiego dolara. Nie ukrywam, że przy słabnącej złotówce trochę to odczuliśmy.
Około 4:30 dojeżdżamy do ruin. Cisza i ciemność. Jesteśmy pośrodku dżungli. Brak żywej duszy. Nasza grupa składała się z 5 osób i przewodnika. 3 pozostałe panie to Gwatemalki. Idziemy chodnikiem, który prowadzi z toalet i głównego budynku. W ciągu dnia pewnie jest tutaj jak w ulu, jednak teraz jest totalna cisza i z trudem można dostrzec własną wyciągniętą rękę. Nagle jakiś krzyk (my idziemy na końcu). Jedna mówi, że coś na nią skoczyło. W pierwszej chwili myśleliśmy, że to żaba, których w porze deszczowej tutaj pełno. W porę z błędu wyprowadził nas przewodnik. „A spokojnie, to tylko tarantula”. No nic, dwa dni wcześniej widzieliśmy taką w Palenque. Raczej nie chciałbym mieć z nią bezpośredniego spotkania.
Wchodzimy w głąb terenu ruin. Około 30 minut marszu w ciemności w dżungli. Jedyne, co słychać, to deszcz. Przed 5 jesteśmy przy najsłynniejszej świątyni w Tikal, jednak nie ona jest celem marszu. Świątynia numer 4, na której mamy zobaczyć piękny wschód. Powietrze jest gęste, ciężkie, nasączone wilgocią i zapowiadającym się gorącem. Dżungla ma bardzo charakterystyczny zapach. Szczególnie po deszczu. Cały czas mrzy.
Jesteśmy na górze świątyni. I… nic nie widać. No dobra, trzy małpki skaczące z drzewa na drzewo. Piękny wschód słońca, nie ma co. A nie dodałem wcześniej. Transport o 3 rano też jest dwa razy droższy niż normalnie.
Przewodnik wspomina, że nigdy nie wiadomo, na jaką pogodę trafimy, a niejednokrotnie wszystko się zmienia z minuty na minutę. Akurat tym razem nie mieliśmy takiego szczęścia.
Aleeeee mieliśmy możliwość obserwacji obiecanych zwierzątek. Rzeczywiście z rana są bardzo aktywne. Tym sposobem małpy, tukany czy papugi były na wyciągnięcie ręki. Make a long story short. Trochę pokręciliśmy się po ruinach, zrobiliśmy ładne zdjęcia i koło 9 zjedliśmy śniadanie. W tym czasie zjechała większość „normalnych” turystów.
Koło 11 wróciliśmy do Flores, a punktualnie o 13 zameldowaliśmy się w lokalnej knajpce na meczu Ligi Mistrzów. Co ciekawe, lokalsi żywo interesują się europejskim futbolem, a gadżety Barcelony czy Realu Madryt można spotkać na każdym kroku. W miejscu, gdzie oglądaliśmy mecz, pani właścicielka odziana była w koszulkę Flores – Real. Wydaje się, że to jakiś lokalny fan club.
Informajce praktyczne:
Koszt biletu: 250 Q za osobę lub 125 Q.
Koszt wycieczki z lokalnego biura podróży: 230 Q za osobę lub 120 Q.
Wyższa cena dotyczy wycieczek na wschód i zachód słońca.



