
12.04.2022 roku.
Jesteśmy na końcu świata… A może na początku jak mawiał Naval. W takich miejscach jak Belize świat się zaczyna. Tutaj życie płynie zupełnie inaczej, jakoś wolniej, spokojniej, z większych uśmiechem, nawet jak na latynoskie standardy. Zanim jednak zaznamy tej błogości trzeba przekroczyć granicę tego pięknego i dzikiego kraju, a to wcale nie jest tak proste jak mogłoby się wydawać szczególnie nam, Europejczykom przyzwyczajonym do pewnych standardów i względnego porządku.
Przy próbie researchu okazało się, że nie ma jakichkolwiek oficjalnych informacji czy poradników mówiących jak najlepiej dojechać z Bacalar do Belize. Okej, trafiłem na kilka blogów polsko i anglojęzycznych, jednak podane informacje były delikatnie przeterminowane, tak średnio o 3 lata. Informacja, która przewijała mi się dość często to prom z Chetumal na Caye Caulker przez San Pedro i to, że jak chcesz jechać drogą lądowa przez Belize City to najlepiej wziąć bezpośrednie taxi. Bezpośredni taxi!? Za 50 usd per person!? Na pewno da się to zrobić taniej i równie efektywnie. Tak sobie wtedy pomyślałem.
Znalazłem też opcję busem ADO (wygodne i szybkie autokary międzymiastowe) z Bacalar do Belize City. Trochę moich podejrzeń wzbudziło brak przejazdów na oficjalnej stronie przewoźnika, ale kto by się tym przejmował, przecież jesteśmy w Ameryce Środkowej, gdzie w internecie nie ma nawet rozkładu promów z największego miasta w stanie Quintana Roo…
Nadszedł ranek. Po śniadaniu w pobliskiej knajpie spakowaliśmy mandżur i pewnym krokiem ruszyliśmy na dworzec autobusowy. Mieliśmy do pokonania jakieś 10 minut. Uprzejmie prosząc o bilety do Belize City, pan za ladą z Google Translator w ręku poinformował nas, że takiego autobusu nie ma, a jak chcemy jechać do Belize, to musimy udać się na granicę do miejscowości Santa Elena. Ruszamy. Po drugiej stronie ulicy łapiemy colectivo i jakieś 5 km zostajemy wysadzeni na środku ronda z informacją od kierowcy, że jak Santa Elena, to tam w prawo. Tak, oczywiście, że tam jest przystanek autobusowy… Mhm, no my takiego nie spotkaliśmy, więc ruszyliśmy na piechotę. Myślę, że to całkiem zabawny widok. Para białasów z plecakami kroczący w 40 stopniach po poboczu autostrady . Pan z białego pick-upa z naklejkami na samochodzie „Ganja Farmer” widocznie uznał tak samo, bo ruszył na wstecznym przez jakieś 500 m (przypominam, że jesteśmy na trasie szybkiego ruchu!), żeby nas zgarnąć na stopa i podrzucić prosto do granicy. Latynoska uprzejmość potrafi pomóc.
Na granicy strażnik graniczny instruuje nas, że piesi tędy nie mogą i najlepiej jakbyśmy złapali taxi i podjechali na drugie przejście, które jest jakieś 2 km od tego. Eh, nieźle, przejechaliśmy jakieś 10 km a już tyle przygód, zobaczymy co dalej. Ponownie maszerujemy po trasie (w międzyczasie nie działa mi kamera w telefonie) w końcu łapie nas jakieś taxi i mówi, że tu to nie, ale tam nas zawiezie, a potem ktoś inny nas przejmie (Faken, niby kto?). Whatever, jedziemy za 100 pesosów do… tego samego miejsca, w którym byliśmy pół godziny wcześniej. Jesteśmy w taxi, więc nas przepuszczają. W tym miejscu musimy okazać nasze paszporty, coś a’la karty pobytu, które dostaliśmy w samolocie do Meksyku i to tyle. W międzyczasie nasz bagaż czeka w taxi.
W tym miejscu zadziała się rzecz, dzięki której w ogóle dotarliśmy do Belize. Spotkaliśmy innego backpackera, tym razem Niemca, który był niezmiernie pewny tego, co robi. Nie mając wyjścia, postanowiliśmy mu zaufać. W końcu lepiej sąsiadowi zza zachodniej granicy, też podróżnikowi, niż jakiemuś odpowiednikowi meksykańskiej złotówy.
Dobijamy targu z 35 USD each do 45 USD za 3 osoby do Corozel , a stamtąd łapiemy tzw. chicken busa do Belize City. Deal! Nagle jednak pada propozycja, że za łącznie 150 USD kierowca podrzuci nas bezpośrednio na prom w Belize. Kolejny mindfuck, szybka konsultacja między sobą i z Niemcem, ok, jedziemy. To teraz tylko kontrola graniczna.
Najpierw punkt z obowiązkowym ubezpieczeniem turystycznym za 18 USD na głowę, bez tego nie wjedziesz. Kurde, trudno. Płacimy i wyrabiamy. Niemiec był już przygotowany przed podróżą. Później w rozmowie z Belizyjczykami okazuje się, że jest to dodatkowy złodziejski podatek na turystach, który został pięknie opakowany pod nazwą „ubezpieczenie”. Zatem poproszę o warunki polisy!
Krok drugi to kontrola covidowa + formularz do wypełnienia z naszymi podstawowymi danymi. Wsiadamy do furki i ruszamy… Za około kilometr kolejny przystanek, tym razem sprawdzenie bagażu i paszportów. Bierzemy plecaki z samochodu, a następnie przystępujemy do wypełnienia formularza pobytu. Jako że jeszcze nie mamy noclegu, wpisujemy adres hostelu naszego współtowarzysza podróży. Kontrolę bagażu przechodzimy na zasadzie „Macie coś do zgłoszenia? Nie? To dobrze. Welcome to Belize.”
Uff udało się, jesteśmy w Belize. To teraz pora na sprostowanie i wyjaśnienie naszych pierwotnych planów. Pomysł był taki, że jedziemy do Flores w Gwatemali, a Belize jest tylko tranzytem. Po zwiedzeniu Tikal wracamy do Belize i płyniemy na Caye Caulker. Jak się okazało na granicy, ubezpieczenie kasuje się przy każdym wyjeździe z kraju, więc musielibyśmy je wykupić ponownie. Dobra, może nie jest to jakoś super dużo, jednak trzeba doliczyć dodatkowy podatek 20 USD za osobę przy każdorazowym wyjeździe z kraju. Sumując koszty wychodzi całkiem ładna kwota, a w pamięci mamy nasz planowany powrót do Meksyku na dokończenie zwiedzania Jukatanu i potem dalszej części kraju, więc trzeba wygospodarować kolejne 20 USD na osobę za wyjazd.
Sama podróż do Belize City to około 2 godziny drogi. Odniosłem wrażenie, że ludzie tutaj żyją bardzo powoli i spokojnie. Dość skromnie, jednak jadąc przez kraj wydaje się, że podstawowe potrzeby mają zaspokojone. Oczywiście, drogi są bardzo nierówne i kilka razy byliśmy blisko śmiercionośnej dziury w jezdni. Co to by jednak była za podróż, gdyby nie dodatkowe urozmaicenia. Pamiętacie niedziałającą kamerę w telefonie? Postanowiłem go zresetować, a następnie doznałem zaćmienia mózgu i 3 razy wpisałem błędny PIN. Chyba nie muszę pisać, co to oznacza . Ale napiszę… Potok przekleństw wymieszany z paniką i niezbyt uprzejmym rodzinnym dialogiem. Natłok myśli i zmęczenie zrobiły swoje, a tę prostą do rozwiązania sytuację uznaliśmy za pierwszy kryzys podczas naszego tripa. Dodam, że przez chwilę każde z nas miało myśl, aby wracać do domu i kończyć wycieczkę. Wciąż nie mamy noclegu, co potęguje niepokój i niepewność.
Około 14:15 docieramy do Belize City i kupujemy bilety na prom w cenie 150 BZD (dolar belizejski, około 310 zł w przeliczeniu). Od razu w dwie strony, powrót jest elastyczny.
Chwilę po 15 odpływamy, a prom przypomina bardziej większy prywatny statek niż taki, jak znaliśmy z przeszłości, np. z Cozúmel. Jest piękna pogoda, upał i ani jednej chmurki na niebie. Mija jakieś 25 minut i jesteśmy totalnie przemoczeni i zmarznięci. Na ocenie pada gigantyczny deszcz, który w połączeniu z dość dużą prędkością łodzi powoduje niezbyt przyjemny efekt końcowy. Finalnie dopływamy na Caye Caulker po 45 minutach i zastajemy raj z palmami pokryty ścianą deszczu. Brakowało tylko napisu „Welcome to Paradise!”, śmiejącego się nam prosto w zmoknięte i zmęczone podróżą twarze. Dobry żart Belize.
Wychodzimy z promu, odbieramy plecaki i zaczynamy misję pt. Wifi. Jak pada deszcz, to wyspa zamiera. Możemy mówić o dużym szczęściu, że znaleźliśmy otwartą knajpę. Na szczęście szybko znajdujemy nocleg w cenie 150 zł za dobę za osobę. Cena przekracza nasz budżet dwukrotnie, ale nie bardzo mamy wybór. Ze względu na nadchodzące święta wielkanocne od 2 tygodni na wyspie jest full, niemal wszystko wyprzedane.
Szukamy naszego lokum. Okazuje się, że nie ma takiego miejsca na mapie, a na dodatek, już po odnalezieniu domku, nie mamy hasła do wejścia. Zarządca nieruchomości nie zdążył nam wysłać hasła do wejścia jeszcze podczas naszego obiadu, tym samym nie mamy jak odebrać kluczy, które mieszczą się w lockboxie na podwórku. Tak blisko, a tak daleko… W okolicy znajdujemy knajpkę i na szczęście pani pozwala nam skorzystać z wifi. Mamy to! Wchodzimy do środka, trochę creepy klimat, cały czas coś wali w dach (a może to kuna lub jakiś egzotyczny odpowiednik?), ale jak to w nowym miejscu, trzeba się zaadaptować. Szybkie sprawdzenie mieszkanie i voila… Nie ma pościeli i danych do Wi‑Fi, które są niezbędne do kontaktu ze światem, a przede wszystkim z właścicielem. Jeszcze jedna szybka wycieczka do restauracji z Wi‑Fi (a w zasadzie na cygana, obok restauracji) i wiadomość do właścicieli, że jest problem. Finalnie przyszedł ziomek z obsługi firmy i wszystko sprawnie zorganizował. Plus dla Vacasa za szybką reakcję .
To co mnie zaskoczyło, to brak dróg asfaltowych, meleksy, które pełnią rolę samochodów i niezwykle kolorowe domki, które przypominają duże domki na drzewie. W większości zbudowane na podwyższeniach, co może być reliktem po podtopieniach, które w przeszłości mogły nawiedzać wyspę. Belize jest w strefie narażenia na zniszczenia spowodowane huraganami, więc takie wytłumaczenie wydaje się całkiem sensowne.
Hasłem przewodnim Caye Caulker jest „Go Slow”, perfekcyjnie odzwierciedlające styl życia i klimat panujący na wyspie. Absolutny chill i błogość, nigdy nie byłem w bardziej wyluzowanym miejscu. Ponadto każdy przechodzeń, niezależnie czy tubylec, czy turysta zarzuca jakąś uprzejmą zaczepkę i dodaje do niej miły uśmieszek. Piękny klimat! Nawet kraby go czują wieczory, spędzając poza swoimi jamami w ziemi, swobodnie siedząc przy drodze. Coś niespotykanego w naszej strefie klimatycznej. Wydaje się, że Caye Caulker jest dla naprawdę wytrwałych i zdeterminowanych zawodników, jednak cały trud wynagradza w każdym calu po dotarciu na wyspę. UnBelizeAble!
Rano kod PUK uzyskałem na infolinii Orange. Tip travelera: korzystajcie ze Skype’a. Połączenia na cały świat dosłownie kosztują grosze.
Pozdrawiam cieplutko i życzę smacznej kawusi prosto spod belizejskiej palmy!
*Aktualizacja w 2026 roku: Skype już nie działa, ostatnio korzystaliśmy z aplikacji Talk360.
Był to nasz pierwszy wpis blogowy, popełniony wieczorem po przyjeździe na miejsce do Caye Caulker. Dzień był tak napakowany emocjami i przygodami, że postanowiliśmy spisać naszą historię najpierw na kartkach, a później przerzuciliśmy ją do maili i rozesłaliśmy do znajomych. Na tej kanwie powstało kilkanaście innych wpisów, które znajdziecie na tej stronie. Chwilę później, dzięki uprzejmości jednego z naszych kolegów, powstał nasz pierwszy blog – jkontour.pl – który w tej chwili przeradza się w Lecimy Tutaj.



