Salwador – Nikaragua: czyli jak wygląda przejście graniczne z Hondurasem

Właśnie przekroczyliśmy granicę pomiędzy Salwadorem i Hondurasem. O ile Gwatemala–Salwador i Meksyk–Gwatemala były super szybkie i lajtowe, to Honduras wydaje się brać sprawy przekroczenia granicy niezwykle poważnie.

Może z wyjątkiem sprawdzenia plecaków, które przez cały czas zostały w bagażniku busa, którym jedziemy. Także walka z przemytem na całego.

Około 14, po 5 i pół godzinach od El Tunco (miejsce noclegu w Salwadorze) docieramy do granicy. Wysiadamy z busa, który, co dziwne, zmieniliśmy już 20–30 km przed granicą. Najczęściej bywało tak, że wysiadaliśmy po jednej stronie granicy, a już po drugiej czekał podstawiony bus z innym kierowcą.

Uprzejmy pan z agencji turystycznej, z której usług korzystamy rozdaje wszystkim karteczki, ustawia nas w kolejce, każe założyć maseczki, przygotować paszporty i certyfikaty covidowe.

Wcześniej, przy wyjeździe z Salwadoru do naszego busa wkroczyła miła pani imieniem Diana i sprawdziła nasze dokumenty. A precyzyjniej wszystkich z busa. Nawet nie musieliśmy wychodzić. A szkoda! Przejścia graniczne to zawsze wyjątkowe miejsca. Szczególnie te w Ameryce Środkowej mają taki dodatkowy urok. Wszędzie podejrzane typki, cinkciarze, panie sprzedające jedzenie, tony walających się śmieci i oczywiście żołnierze z niemałymi giwerami przewieszonymi przez szyje.

Kontrola covidowa to niezła farsa. Wszystko przygotowane zgodnie z instrukcją. Na karteczkach wpisujemy wiek i imiona, podchodzimy do okienka po odstaniu 20 minut w kolejce i… I to by było na tyle. Pani mierzy temperaturę, z lenistwa wpisuje 36 stopni. Już nawet nie 36.6. Bez słowa macha ręką na do widzenia.

Certyfikat? A po co to komu? Specjalny formularz, który trzeba wypełnić przy wjeździe do kraju? Od wszystkich zebrała (od Justyny też), a ode mnie zapomniała. Tym sposobem mam extra suwenir z podróży. Czyli niby coś tam sprawdzają, ale tak znowu nie do końca. Niby to ważne, ale w sumie bez sensu.

Anyway. Idziemy do drugiego biura, kolejka na 5 osób, jakieś 30 minut. Biorą paszporty, wklejają pieczątkę (Yeah, 32. kraj zaliczony!) i… skanują odciski palców z obu rąk! Pierwszy raz spotkaliśmy się z taką procedurą.

A teraz wyobraźcie sobie taką sytuację. Stoicie sobie w kolejce w oficjalnym urzędzie (chyba takim jest przejście graniczne) i nagle wbija gościu z 4 zębami na krzyż, w klapkach o jakieś 4 rozmiary za małych, zniszczonych ciuchach i nienajświeższym wyglądzie. Ma bardzo nienaturalnie szybkie ruchy (co pewnie jest związane z problemem narkotykowym w niższych warstwach społecznych – w tym wypadku przyznał to kierowca Ubera w San Salvador) i zaczepia każdego o „only 1 dollar”. Niezły kabaret.

Przechodzimy odprawę. Jak Justyna stała przy okienku, to pani jednocześnie ją obsługiwała i oglądała TikToka.

Czas na poszukiwanie łazienki. O Panie. Najlepsza łazienka ever, wydaje się, że jedyna na całym przejściu granicznym. Tuż obok był sklep i po lewej stronie taka chatka „lepianka”. Wbijamy za 50 centów i mamy wrażenie, że przechodzimy przez czyjeś miejsce zamieszkania. Przez jedną z kurtyn przebija materac, na końcu są 3 toalety. Oczywiście tylko z przesłonami i bez wody do umycia rąk.

Okej, godzinka na granicy minęła. Jesteśmy w dalszej podróży przez Honduras i zmierzamy w kierunku Nikaragui.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *