
Przyznacie, że brzmi dumnie i intrygująco, przynajmniej dla mnie… Do swojej pierwszej przejażdżki tym wehikułem zastanawiałem się skąd wzięła się ta urocza nazwa. I wiecie co? Jej geneza jest prostsza niż może się wydawać. Po przejechaniu niecałych 4 godzin z Belize City do San Ignacio składających się z ponad 3 godzin jazdy i 40 minut stania w polu z powodu kolarskiego tour de Belize (albo coś takiego), z dwoma 10 kilowymi plecakami na kolanach oraz przy braku klimatyzacji, dowiedziałem się jak muszą czuć się hodowlane kurczaki. Smaczku dodaję fakt, że miejsca na nogi jest mniej niż w samolotach linii Ryanair. Do tej pory myślałem, że jest to niemożliwe, a jednak się da i można wytrzymać nawet 7 godzin. Wiem, bo też przetestowaliśmy ten wariant! Mam nadzieję, że wpis ten ominie Pana O’Learego z Ryanaira, który systematycznie wyznacza nowe granice niewygodnego podróżowania.
Post powstaje w busie, już meksykańskim, z Méridy do Valladolid. Meksykanie prawdopodobnie nie znają wynalazku o dźwięcznej nazwie słuchawki. W związku z tym poznaliśmy już lokalny rap, trochę kinematografii, a na deser serwują nam tradycyjną muzykę meksykańską. Dziękujemy!
Wróćmy jednak do Belize i zacznijmy historię od początku. Chicken busy to autobusy, które w latach swojej świetności służyły w USA za środek transportu dowożący dzieci do szkoły. Przyznam, że oglądając amerykańskie filmy (kreskówki), zawsze chciałem się takim przejechać. (Kto nie chciał?) Marzenia się spełniają. Nasza podróż chicken busami rozpoczęła się w Belize City. Po przepłynięciu promem z Caye Caulker (tej rajskiej wyspy) mieliśmy do przejścia jakieś 15 minut przez miasto. Ogólnie przed wyjazdem regularnie byłem zabijany i okradany we wszystkich państwach, które mieliśmy odwiedzić. Wśród bardziej odważnych jednostek pojawiały się nawet tak szalone pomysły jak rezygnacja z podróży… Niemniej ostrzeżenia nie ominęły również Belize City (tutaj akurat prym wiodły blogi innych podróżników, większość ekspertów od spraw małoważnych na wieść o Belize nabierała wody w usta). Co by nie mówić miasto nie wyglądało zbyt przyjaźnie i rzeczywiście, dotychczas było to jedyne miejsce, w którym czuliśmy się dość nieswojo, wędrując przez miasto jako para białasów z całkiem sporymi plecakami. Belize City potraktowaliśmy jako miejsce tranzytowe bez perspektyw na chociażby jedną noc. Z drugiej strony, wśród tego dziwnego poczucia obcości, uprzejmy taksówkarz wskazał nam drogę na dworzec i to bez pytania! Sam widział, że zbłądziliśmy (a w zasadzie byliśmy na skraju zbłądzenia).
W tym całym bajzlu znajdujemy dworzec. Względnie zorganizowany, jakby trochę odgrodzony od reszty zamieszania, ma nawet dwie kasy i rozkład jazdy napisany odręcznie na kartce z zeszytu od matematyki (już wiemy, że geografii raczej nie mają). W zasadzie nie wiemy, czy kartka jakkolwiek obowiązuje, bo niemalże zawsze z autobusami trafialiśmy idealnie w punkt. Elastyczność i częstotliwość na poziomie, jakich w Europie możemy pozazdrościć, to piszę zupełnie serio! Sami tego doświadczyliśmy kilkukrotnie, o czym zaraz się przekonacie.
Oczywiście, w tle wisi baner ADO. To takie ekspresowe autobusy międzymiastowe, śmigają po całym Meksyku, są bardzo wygodne i eleganckie. O to te, które, jak się okazało, jednak nie jeżdżą z Bacalar do Belize City. Więc właśnie. Nie jeżdżą, a banery na dworcu wciąż wiszą. Obstawiam, że nie jeżdżą już od 2 lat, tak samo jak prom z Chetumal nie pływa od 2 lat do San Pedro w Belize (informacja zweryfikowana w miejscu, z którego kiedyś pływał prom). Covid zniweczył bezpośrednie przeprawy międzynarodowe. Obstawiam, że chodzi o zbyt wygórowane restrykcje na granicach Belize.
Chicken bus, chicken bus. Przeskoczymy w czasie i przejdziemy do naszego powrotu z San Ignacio do Chetumal w Meksyku. Wchodzimy w tę podróż pewniej, odważniej, z pewną dozą doświadczenia. Wiemy już, czego mniej więcej możemy się spodziewać i jak rozwiązywać poszczególne problemy na trasie.
Z hostelu wychodzimy koło 10. Tuż obok jest przystanek, który zgarnia ludzi bezpośrednio do Belize City, gdzie następnie przesiądziemy się w kolejnego busa do Corozal, skąd złapiemy taksówkę na granicę i potem kolejną po drugiej stronie granicy. Uf. Nadążacie? Bo my przez długi czas nie.
Jesteśmy na przystanku, za którym sympatyczna pani sprzedaje jakieś jedzenie (chyba tacosy). Widząc nas z plecakami, pyta po hiszpańsku: „autobus”? My na to „Si, Belize City”. Ooo no to był kilka minut ago. No fajnie, cuando następny? Za półtorej godziny gringos. Nieźle. Całe plany, parafrazując klasyka, w pizdu. Tutaj, żeby was wprowadzić w nasze plany, to w Meksyku chcieliśmy być przed zmrokiem, a przy odrobinie szczęścia złapać autobus z Chetumal do Méridy na drugim końcu półwyspu Jukatan. ADO, bo o nim mowa, miał być o 17.
Co teraz? Szybka narada o dostępnych możliwościach. Pytamy jeszcze pani z tacosami o inne opcje. Na to ona, że w sumie jak szybko złapiemy taxi do centrum miasta (byliśmy z 2 km od niego), to tam wsiada mucha gente i może zdążymy. Okej, w sumie ryzykujemy przesiedzenie na ławce jakiejś godziny, więc nie ma tragedii. Próbujemy. A w zasadzie chcemy spróbować. Zawsze jeździło i pytało, a teraz nic nie jedzie…
Kolejna decyzja, idziemy z buta, najwyżej zrobimy dobry spacer, a nóż coś nas zgarnie, w końcu to Ameryka Środkowa, tutaj zawsze ktoś kogoś zabiera lub wysadza. Przeszliśmy 30 metrów, tuż za rondem przy przystanku, i cyk, zatrzymał się shared taxi, 2 BZD (4 zł na osobę), z przodu siedział jeszcze jakiś ziomek. Cóż za klimat, ahoj, przygodo!
Dojeżdżamy do centrum, stoi nasz autobus! Zdążyliśmy. Fajerwerki strzelają (a właściwie lasery, w Belize jest dużo bezdomnych psiaków), my zadowoleni, że jedziemy i jeszcze ten napis na szybie „Express” (czyli, że chyba jakoś szybciej i rzadziej się zatrzymuje po drodze). Czy mogło być lepiej?
No mogło… Okazuje się, że nie ma miejsca, bus wypchany po brzegi, bo to poniedziałek wielkanocny cały kraj wraca do domu (a może z niego jedzie). Ale gdzie my jesteśmy, żeby się przejmować takimi pierdołami. Kontroler biletów mówi „don’t worry, follow me”. Wskazuje drugi autobus z napisem „Belmopan”, czyli z miastem, które jest w połowie drogi między San Ignacio a Belize City i mówi, że nas odbierze w Belmopan, bo tam wysiada całkiem sporo osób. No i pięknie! Nie byliśmy jedyni. W trakcie drogi nastąpiła bowiem konsultacja telefoniczna pomiędzy busami, żeby ten do Belize City zarezerwował 10 miejsc dla osób z tego busa do Belmopan. Wow! Niemalże łączony bilet, wszystko załatwione za nas. Elastyczność w galowym wydaniu.
Dochodzi do wymiany między busami. W samym środku pola. Wchodzimy do naszego docelowego chickena i… brakuje miejsca. Czemu nie jesteśmy zaskoczeni takim obrotem spraw?
Przez jakieś 40 minut stoimy. Dzieje się. W zasadzie nawet nie narzekamy, a całą podróż traktujemy w kategoriach przygody. W międzyczasie jest kontrola policji (co jakiś czas odbywały się kontrole, takie bardziej przystanki). Nie wiemy, jaki był ich oficjalny powód, ale wydaje mi się, że coś kontrolowali podczas przejazdów pomiędzy poszczególnymi stanami/prowincjami) Ppdczas której musieliśmy kucnąć, żeby funkcjonariusze nie zauważyli nadprogramowej liczby pasażerów. Przypominam, że jesteśmy w oficjalnym transporcie publicznym (w zasadzie chyba jedynym w kraju).
Po około 3 godzinach jesteśmy w Belize City. Przesiadka do chicken busa do Corozal. Ten jakby na nas czekał. Wysiadamy i od razu informacja, że to ten obok i że szybko, bo wsiadają ostatni pasażerowie. Tak jak pisałem, nie wiem, czy i jak obowiązuje rozkład rozpisany na kartce papieru, ale zawsze wszystko było w punkt. Nawet internet wymięka przy takiej organizacji.
Przesiadka poszła gładko, nawet jakoś więcej miejsca w tym autobusie. Jedziemy. W trakcie 3 godzin drogi kilkukrotnie zatrzymujemy się w jakichś dziwnych miejscach, trochę obok głównej trasy, na posesjach. Powoli przestaje nas tu cokolwiek zadziwiać, więc za bardzo tego nie rozkminiamy. Dojeżdżamy do Corozal, czyli naszego miejsca docelowego, jakieś 30 minut drogi od granicy z Meksykiem. Od 6 godzin jesteśmy bez toalety, więc, korzystając z okazji, pytam Pana, czy uprzejmie mogę skorzystać. A on na to, że pewnie tylko podjadą napompować opony i po mnie wrócą za 5 minut. Że co? Opony? Za 5 minut? To dlatego tak krążyliśmy i zatrzymywaliśmy się. No nic, potrzeba to potrzeba. Wysiadam. Justyna razem ze wszystkimi bagażami została w autobusie, a z nią inni pasażerowie. Ja wysiadam, a chicken odjeżdża. Mija 5 minut, 10, 15. Gdzie oni są?! Nawet nie mamy naszego wewnętrznego protokołu awaryjnego, co robimy w takich sytuacjach. No trudno, nie mam wyjścia, czekam dalej, a w głowie układam scenariusze na wypadek gdyby jednak o mnie zapomnieli.
W tym miejscu jestem winny jedno wyjaśnienie. Po co się pytasz o pozwolenie na wyjście do toalety, niczym w szkole na lekcji, skoro to ostatni przystanek na trasie? Więc w podróży trzeba mieć trochę szczęścia.
Kontroler z autobusu, którym jechaliśmy sam, zorientował się, że jedziemy do granicy z Meksykiem i powiedział, że za symboliczną opłatę 3 BZD each podrzuci nas bezpośrednio do niej. Z Justyną w myślach przybijamy sobie piątki i gratulujemy, bo wiemy, ile kosztuje kurs z Corozal do granicy. Pewnie z 30-40 BZD, jesteśmy całkiem sporo do przodu, będzie lepsza kolacja.
Następny etap to odprawa paszportowa po stronie belizyjskiej. No, ja pierdole. Podchodzimy do okienka, jesteśmy tam jedyni, a gość po drugiej stronie dosłownie przez 3 minuty ani me, ani be. W końcu zapytałem, czy już możemy iść, to uprzejmie rzucił „Passports” i powolnie stukał w klawiaturę nasze nazwiska. Oczywiście zrobił literówkę.
Skąd ten pośpiech? Na tym etapie jeszcze wierzymy, że zdążymy na autokar ADO z Chetumal do Méridy, a jeszcze trzeba dojechać do Chetumal. Mamy 35 minut do odjazdu autokaru, a wiemy, że czas przejazdu to jakieś 20 minut. Okej, przechodzimy, dalej idzie w miarę sprawnie, płacimy 40 USD za wyjazd z kraju. Następnie Pan Taxi sam się znalazł, jeszcze łapiąc nas przez płot granicy. Szybka negocjacja, że za 25 USD to nie pojedziemy, ale za 20 to już tak. Deal, jedziemy. Zatrzymuje się na kontroli granicznej i kolejnych formalnościach. Może w oddzielnym wpisie zrobię dedykowany poradnik, jak przygotować się na podróż do Belize i z powrotem do Meksyku, bo to prawdziwy meksyk informacyjno-organizacyjny.
Wypełniamy formularze wjazdu do kraju (wcześniej dostaliśmy takie w samolocie z Frankfurtu), w tym adres noclegu (dalej nie wiemy, gdzie śpimy, bo wierzymy, że zdążymy na ADO). Postanawiamy wpisać poprzedni adres z Bacalar. Jest to podobne zagranie jak w tamtą stronę, wpisując adres od naszego niemieckiego kompana. Następnie dostajemy pytanie, na ile tutaj jesteśmy, więc prawie zgodnie z prawdą odpowiadamy, że 2 tygodnie (po co dodatkowe pytania?). Ok, no to jak 2 tygodnie, to musicie zapłacić 638 (około 120 zł) pesos podatku na osobę, bo jesteście dłużej niż 7 dni. Ekstra. W końcu taxi. Byłbym zapomniał. Przed samym przekroczeniem granicy meksykańska straż graniczna wyciąga nasze placki z samochodu i zaczyna je przeszukiwać. Poza brudną bielizną nie znaleźli nic ciekawego. Dobrze, że tym razem to oni się męczyli z ponownym zamknięciem plecaka.
Mało czasu, ale może jeszcze zdążymy na tego busa… Mijamy granicę, sieć się aktualizuje i zamiast 17 robi się 18… Zostajemy na noc w Chetumal.



