
Jeśli ktoś nas kiedyś zapyta jakie było jedno z najdziwniejszych doświadczeń w życiu, to na pewno San Juan Chemula będzie w ścisłej czołówce.
Wstępny zarys tej historii opisaliśmy w jednym z poprzednich wpisów nt. ciekawostek dotyczących Meksyku. Dokładniej o tutaj.
Rozwińmy tę myśl. Słyszeliśmy o tym miejscu wiele historii. Wiedzieliśmy, że lokalny kościół, region kraju i ludzie nie należą do tej grupy społecznej, którą zwykle spotyka się w podróży, nawet w tak odległych zakamarkach Ameryki Centralnej.
Czym w ogóle jest San Juan Chemula? Na pewno nie jest to zwykle miasteczko, jakich pełno. Rdzenna ludność, potomkowie Majów, dość stanowczo wyraziła swoje stanowisko na temat przynależności do Meksyku jako państwa. W latach 50. ubiegłego stulecia, gdy cała Ameryka pochłonięta była w lokalnych perypetiach, wojnach domowych i rewolucjach, Chemula zyskała autonomię od Meksyku. Oczywiście, oficjalnie nie jest to uznawane państwo. Nikt też nie sprawdza paszportów na wjeździe, jednak coś specyficznego czuć tam w powietrzu. Własne sądy, prawo, policja i religia. Taka meksykańska anomalia i ciekawostka w jednym.
San Juan Chemula znana jest z tego, że w ramach obrządków religijnych poświęcane są kurczaki (kiedyś byli to ludzie), a Coca Cola jest wyjątkowym napojem, do którego składane są wszelkie pokłony. Ceremonia sakryfikacji drobiu dzieje się przed głównym kościołem na dużym placu. Niestety (a może stety) nie trafiliśmy na jej realizację, odbywa się co niedzielę o poranku.
To, że Coca-Cola jest tutaj głównym bóstwem, jest swego rodzaju hipokryzją i chichotem losu. W stanie Chiapas jest najgorsza woda w całym Meksyku. Dlaczego? Bo w San Cristóbal de las Casas (30 km od Chemuli) znajduje się główna fabryka korporacji, która pochłania milion litrów czystej wody dziennie! Prawdopodobnie pod miastem płynie jedna z najczystszych wód pitnych na świecie, a jednak mieszkańcy nie mogą korzystać z jej zasobów. Całość trafia prosto do amerykańskiego giganta. Dodajmy, że stan wody w kranach jest tak fatalny, że nawet nie można płukać nią ust, nie wspominając o jej spożywaniu! Co na to lokalna społeczność? Popija średnio 2,1 litra Coli dziennie i modli się do jej butelek. Sic! Brak świadomości czy uzależnienie od smaku i cukru? A może coś jeszcze?
W samej Chemuli wejście do kościoła kosztowało około 30 pesos (jakieś 7 zł), surowo zabronione są zdjęcia. Kara za zdjęcie to około 800-900 zł, pobicie lub zabranie telefonu. Jak się okazało lokalsi swoje prawa traktują bardzo poważnie. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, mało co nie tracąc własnie telefonu.
Ogólnie w podróży kierujemy się zasadą, że możemy stracić wszystko poza paszportem i właśnie telefonem, na którym są nasze wszystkie dane i niezbędne aplikacje (z noclegami, z biletami lotniczymi, bankowe, certyfikaty covidowe itd.).
Jak do tego doszło?
Wchodzimy do kościoła wcześniej poinstruowani o obowiązujących prawach przez lokalnego, wydaje się, bezdomnego ziomeczka. W środku, no czegoś takiego jeszcze nie było. Podłoga wyłożona sianem, do okoła porozstawiane stoły, na których palą się świece. Pełno świec! Po prostu wszędzie. W powietrzu zaduch i gorąc. Po środku ludzie na kolanach. Co jakieś 10 metrów każdy ma swój ołtarzyk na którym stoją: Cola, Fanta, Sprite, woda i pox (posz), czyli lokalny alkohol. Coś w rodzaju naszego bimbru. Komiczny i jednocześnie przerażający widok.
To jak go było z tym telefonem? Trochę przez świece. Stwierdziłem, że oszacujemy liczbę świec w kościele. W tym celu wyciągnąłem telefon i zacząłem notować ile jest stołów i ile może się palić jednocześnie. Czasami mam takie dziwne fazy. Po około 3 minutach chodzenia z telefonem podchodzi do mnie wspomniany wcześniej kolega i stanowczo rzuca po hiszpańsku „Oddawaj telefon”. Właśnie tak mówił jego wyraz twarzy. Oczywiście padła odpowiedź: „Dlaczego?”.
Po krótkiej rozmowie wyszło, że myślał, że robię zdjęcia. Kazał mi pokazać ostatnie zdjęcie w galerii. Na szczęście nic nie zrobiłem, więc się odczepił… Mijają kolejne 2 minuty. Podchodzi dwóch eleganckich gości w koszulach i pantoflach, i płynnym angielskim proszą jeszcze raz o pokazanie ostatnich zdjęć w galerii… No, powiem tak. Słyszeliśmy o sytuacjach, gdy turyści bywali tutaj okradzeni lub pobici za złamanie regulaminu. Na szczęście tym razem obyło się bez ofiar, jednak wiemy już, że lokalne prawo traktowane jest dość poważnie. To ile było tych świec? Około 6–7 tysięcy.
Byliśmy w niedzielę, więc na głównym placu odbywa się wielki bazar. Można kupić wszystko. Od żywych zwierząt (kur, świń) przez zabawki po przyprawy i jedzenie. Samo miasteczko to jeden wielki śmietnik. To jest właśnie to miejsce, gdzie zastanawiałem się czy nie rzucić skórki od banana po prostu pod nogi. Atmosfera jest jakaś taka inna. Odnieśliśmy wrażenie, że brakuje tej meksykańskiej gościnności i uśmiechu. Widać, że społeczeństwo jest bardzo biedne, a życie tutaj do najłatwiejszych nie należy. Z drugiej strony lokalna ludność tak bardzo czuje się związana z własną tradycją i odmiennością, że słyszeliśmy o historiach, gdzie sprzedawcy na targu odmawiali rozmowy po hiszpańsku!
Finalne wrażenie jest takie, że czuliśmy się tam dość nieswojo i po zwiedzaniu kościoła zdecydowaliśmy się na dość szybką ewakuację do sąsiedniej miejscowości. Miejsce przedziwne i jednocześnie wyjątkowe.
P.S.
Jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda kościół wewnątrz, wpiszcie w YouTube San Juan Chemula Church. Zapewniamy, że warto!



