
A historii tego biletu i tak byś nie zrozumiał. Historia naszego zakupu biletów na derbowy mecz pomiędzy Club América a Cruz Azul na Estadio Azteca w Ciudad de México jest tak samo pokręcona jak historia swetra Gruchy.
No cóż, uprzejmość Meksykanów nie zna granic. Nawet nie wiedząc, gdzie i jak szukać zawsze chętnie pomogą… A to zawsze oznacza dodatkowe problemy, stratę czasu i nerwów, o kosztach nie wspominając.
Od początku. 30.04 na największym stadionie w Meksyku mierzyły się ze sobą Club América z Cruz Azul. Mecz w ramach ligi meksykańskiej, faza zasadnicza*. Przyzwyczajony, że na takie wydarzenie trzeba się wcześniej zaopatrzyć w wejściówki, dostępność biletów śledziłem już kilka tygodni przed meczem. Okazało się, że bilety trafiły do sprzedaży zaledwie 3 dni przed spotkaniem, a więc w środę (mecz w sobotę). Okej, nic strasznego, z podobną organizacją spotkałem się kiedyś w Belgradzie na najgorętszych derbach w Europie. Bilety kupujemy przez wcześniej polecaną w rozmowach stronę ticketmaster.mx, na wejściu pokazujemy kod QR z biletami i cieszymy się meczem. Proste, prawda?
No więc nie. Zgadza się, bilety kupiliśmy niezwykle sprawnie, natomiast sposób ich odbioru to totalny armagedon. Na inne wydarzenia w México City (Lucha Libre i mecz PUMAS vs Pachuca) wejściówki mieliśmy w aplikacji, natomiast tutaj z niewiadomych przyczyn bilety trzeba było odebrać w określonych punktach. Jakich? Podobno dokładna lista jest na stronie. W hostelu nie wiedzą, infolinia nie odbiera, a jak odbiera to odsyła na stronę. Piękne koło zamknięte, radź sobie sam drogi kliencie.
Make long story short. Odbiór biletów dostępnych w sklepach Soriano, Liverpool, Office Depot, w jakiejś linii aptek i gdzieś jeszcze. Teoretycznie na co drugiej ulicy. W praktyce okazało się, że takich punktów było zaledwie kilka w całym gigantycznym mieście, które liczy sobie około 25 milionów mieszkańców i jest jedną z największych metropolii świata.
Krążymy od punktu do punktu. Zaliczamy co najmniej 7 w jednej z części miasta. W końcu znajdujemy właściwy, ten mający współpracę z Ticketmaster.
Jednak ona istnieje! Mamy bilety! Co za ulga. Radość jak po bramce na wagę zwycięstwa w 90. minucie meczu.
Weryfikacja VAR.
Dosłownie. Pani ze sklepu rysuje palcami kształt monitora, niczym sędzia na boisku… Ogląda zdarzenie i…
Okazuje się, że system w tym sklepie jednak nie działa. Jest jakaś ogólna awaria, nikt nic nie wie. A i nikt nie zna angielskiego, co bez wątpienia nie pomaga w dalszych łowach. W każdym razie próbujcie dalej, ooo tam na pewno będzie okej.
W tej historii mieliśmy też trochę szczęścia. Spotkaliśmy parę chcącą odebrać bilety na festiwal, który miał miejsce następnego dnia. Znali angielski, mieli samochód i byli z Meksyku, więc nas podrzucili do kolejnych dwóch punktów. Niestety dalej bezskutecznie. Około 5 godzin w plecy. Fajne to Mexico City.
Justyna ma dość, jak nie wejdziemy na mecz, to na pewno sam będę kontynuował podróż… No nic, ostatnia próba. Tego dnia mieliśmy zaplanowaną wycieczkę, więc była tylko jedna szansa. Jedziemy do punkty wskazanego na stronie pośrednika (po około 3 godzinach spędzonych na stronie, znalazłem dokładną listę punktów współpracujących wraz z adresami. User experience na najwyższym poziomie.), widzimy logo Ticketmaster, już witamy się z gąską i… System nie działa. W dniu meczu.
Obstawiam, że takich jak my były setki. Tylko na naszej drodze spotkaliśmy co najmniej kilka takich osób. Opisywany sposób odbioru biletów był przeznaczony tylko dla cudzoziemców. Jak zaznaczyło się obywatelstwo meksykańskie, to system nie przepuszczał z powodu braku lokalnej karty kredytowej. Sprytne.
No nic, nadzieja umiera ostatnia. Jedziemy pod stadion bez biletów. W całej tej sytuacji Justyna była zadziwiająco pewna, że wejdziemy na stadion i wszystko się uda. Ja już dawno straciłem nadzieję w zestawie z nerwami. Znienawidziłem to miasto i ten kraj.
Wychodzimy z metra, wchodzimy na kładkę dla pieszych.
WOW. Ale święto, wielkie piłkarskie święto tuż przed stadionem. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Tysiąc, dziesiątki tysięcy ludzi, setki straganów, tacosy, browary, szaliki, koszulki, gadżety. Kibicowski raj dla takich piłkarskich popierdolców jak ja.
W całym tym gwarze, niczym dilera narkotyków zarzucającego półszeptem „weed, weed, smoke weed” na La Rambla w Barcelonie, słyszymy ledwo przebijające się „billetes, billetes”. Pierwszego konika zbywamy i idziemy dalej. Wiemy, że w Europie takie wejściówki już dawno nie działają, że dane muszą być prawdziwe, że trzeba pokazać dokument na wejściu… W tym bałaganie rozglądamy się. Wielkie kraty tuż przed wejściem na stadion, całe zaplecze jest w środku. Musisz mieć bilety, nie da się ich kupić na stadionie. Podobnie było na Stadio Olimpico w Rzymie, wydaje się, że podobnie jest też na Stadionie Narodowym. Po prostu nie ma kas biletowych.
Ponownie słyszymy „billetes, billetes”. Zatrzymujemy się. W międzyczasie rozmyślamy się, bo gość do kogoś dzwoni i sam szuka dla nas biletów. Przeciskamy się przez tłum. Gościu jednak nie ustępuje, prosi żeby poczekać. Okej. Cuanto? 500 pesos za jeden. Shit, drogo, przez internet zapłaciłem 300 pesos za sztukę. Szybka kalkulacja ile to na złotówki i jakie jest prawdopodobieństwo, że ta akcja się uda. Okej, za 400 mx na głowę bierzemy. Deal! Dalej jest to atrakcyjna cena, np. w porównaniu z biletami na mecze angielskiej Premier League, gdzie ceny dochodzą do 200-300… Funtów.
Wymiana gotówki na bilety, niczym z dilerem. Tajemniczo, żeby nikt nie widział. Od razu dostajemy je do ręki. Oryginalne ze strony Ticketmaster. Na bilecie widnieje cena 250 mx. Wyglądają bardzo legitnie.
Próba generalna czy się uda, czy nas wpuszczą. Dajemy bilety do skanowania na bramce… Działają, jesteśmy w środku! Chyba nigdy tak się nie cieszyłem z wejścia na stadion. To było czyste szczęście, wewnętrzne spełnienie i jakaś dzika satysfakcja.
Sam mecz poziomem piłkarskim nie zachwycił, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy. Trybuny żyły przez pełne 90 minut. Sektor ultrasów Américi zaopatrzony był nie tyle w bębny, co całą orkiestrę. Niesamowicie rytmiczny doping przez cały mecz z momentami prawdziwego pierdolnięcia. Tak, pierdolnięcia. Jak byliśmy na Old Trafford to tylko mogłem sobie wyobrazić 70 000 kilka tysięcy ludzi w kibicowskiej euforii. Zupełnie inna kultura kibicowania. Tutaj tego doświadczyliśmy, to było prawdziwe święto. Gdy tylko 85 000 osób ryknęło jednocześnie wrażenie było piorunujące, a ciarki samoistnie przechodziły po plecach.
Z kronikarskiego obowiązku. Na boisku 0:0.
Oprawy nie było, tylko flagowisko w dwóch sektorach. Co mnie zaskoczyło to kibice Cruz Azul rozlokowani pomiędzy gospodarzami, nie było wydzielonego sektora. Miewali pojedyncze zrywy przebijające się przez kibiców Américi.
Inna nowinka niespotykana w Europie to sprzedawcy wszystkiego co się da chodzący po sektorach. Piwo, przekąski, gadżety, nawet wata cukrowa. Muszę przyznać, że to bardzo dobry wynalazek. Nie stoisz w kolejkach, wszystko sprawnie podane. Szczególnie dobrze to działało na stadionie PUMAS Universidad. Do tego stopnia, że zrezygnowali ze sprzedaży w tzw. kioskach.
Na koniec dodam, że w Meksyku dzień dziecka obchodzony jest 30 kwietnia. Z tej okazji w przerwie meczu kibice z wyższych sektorów stadionu zrzucili całą salwę pluszaków dla dzieci.
Vamos, vamos América! Estaaaa nocheee! Tenemos que ganar!
*W Meksyku po fazie zasadniczej systemem każdy z każdym jest faza turniejowa, tzw. play-offy. Drużyna, która wygra dodatkową fazę rozgrywek (udział bierze 8 drużyn), zostaje mistrzem kraju.



