Kostaryka: W podróży zawsze się udaje

Spis treści

W podróży zawsze się udaje.

Jakoś damy radę sprawdza się rewelacyjnie w każdej sytuacji. Odnosimy wrażenie, że poleganie na wewnętrznym przekonaniu o naszym powodzeniu działa jak samospełniająca się przepowiednia. W związku z tym, że tak myślimy i zawsze w to wierzymy (no prawie – patrz bilety na mecz Americi), albo przynajmniej jedno z nas, to rzeczywiście nasze pomysły i potrzeby się realizują. 

Do Kostaryki przybywamy dzień wcześniej niż planowaliśmy, udajemy się dość daleko, bo do wspominanego wcześniej Monteverde. Monteverde jest to dość turystyczny spot położony na wysokości około 1500 m. n.p.m. Znane jest z unikalnych w skali światowej cloud forests (lasów chmurowych (?)), przyciąga też amatorów mocniejszych doświadczeń dzięki sieci najdłuższych ziplinów (tyrolki) w Ameryce Środkowej i jednych z najdłuższych na świecie. Sam las deszczowy jest atrakcją samą w sobie. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że las nie będący dżunglą sensu stricte może tak elektryzować i robić tak piorunujące wrażenie. Lasy zostały „odrestaurowane” na początku lat 70-tych. Rząd kostarykański wprowadził projekt mający na celu ochronę naturalnego bogactwa Kostaryki. Nota bene Kostaryka to po hiszpańsku Costa Rica, czyli bogate wybrzeże. Nie tylko wybrzeże jest bogate! To co się dzieje w parkach narodowych to czysta poezja. Po spędzeniu 3 godzin w parku kręciło mam się w głowach z powodu nadmiernego, względem codziennego, natlenienia. Powietrze jest niezwykle czyste, do tego występuje lokalny mikroklimat. Dość powiedzieć, że pora deszczowa znowu pokazała pełnię swoich możliwości i z lasu wyszliśmy kompletnie przemoknięci. Wydaje się jednak, że małpom deszcz kompletnie nie przeszkadzał. 😉 Dlaczego cloud forests to taka atrkacja? Flora i fauna bez ingerencji człowieka. Tylko 1% światowych lasów stanowią chmurowe. Można powiedzieć, że jest to swego rodzaju unikat.

Darmowa checklista do pobrania

Kiedyś Karol zapomniał bielizny w podróż. Cały dzień zmarnowaliśmy na szukanie sklepów z bielizną w Kijowie. Nie bądź jak Karol. Pobierz naszą checklistę i oszczędzaj czas w podróży (i przed zresztą też).

Tego samego dnia zdążyliśmy jeszcze odwiedzić inny las z wiszącymi mostami. Piękna sprawa. Mosty wiszące w koronach drzew kostarykańskiej dżungli. Tutaj udało nam się wychwycić ptaka, który w tej części świata uchodzi niemalże za bóstwo, a od jego nazwy wzięło się imię najważniejszego azteckiego boga, czyli Quetzalcoatl. . Przedstawiamy Państwu quetzala. Nie jesteśmy fanami ornitologii i obserwacji ptaków, jednak ten zrobił na nas wyjątkowe wrażenie. Myślę, że większe niż sama atrakcja wiszących mostów. 🙂

Mamy jeszcze trzy dni do wylotu. Musimy przedostać się bliżej Liberii, z której mamy wylot. Nie chcieliśmy przedłużać naszej podróży do domu z 24 godzin do 32, stąd decyzja o przemieszczaniu się na wybrzeże. Ostatnim przystankiem zostało Playa Potrero. Malutkie miasteczko w rejonie Guanacaste. Padło na to miejsce ze względu na możliwość noclegu w namiocie tipi. To taki ostatni podryg przygody z naszej strony. Okej. Fajnie, że jest ciekawy nocleg, ale co z dojazdem do lotniska? No cóż. Analiza wykazała, że jest najgorsze połączenie spośród wszystkich miejscowości, które mieliśmy do wyboru. Dewiza „damy radę” ponownie, jednak wzięła górę i kierujemy się w stronę Potrero. Start wycieczki o 5:30, potem tylko półtorej godziny przy głównej drodze w oczekiwaniu na autobus. Ups, chyba mu nie machnęliśmy w porę i się nie zatrzymał… Faken, dopiero 8 rano, coś zaraz będzie. Na szczęście mija 20 minut i podjeżdża kolejny autobus do Liberii. Tam przesiadka do pojazdu w stylu warszawskiego ZTM-u, tyle że długodystansowego i z obolałymi pośladkami, po kolejnych 3 godzinach jesteśmy w Potrero. Czas operacyjny 9 godzin. Jeszcze tylko 15 minut oczekiwania w pobliskim Playa Flamingo na właścicielkę hotelu, która obiecała nas odebrać.

Wybrzeże. Co prawda za dużo miejsc nie odwiedziliśmy, jednak te plaże, ten klimat, ten zachód słońca. Ah, Kostaryka znalazła miejsce głęboko w naszych sercach. Bez wątpienia jest to destynacja, na którą trzeba przeznaczyć co najmniej 3 tygodnie. Dodam od siebie, że po przekroczeniu granicy z Nikaraguą poczułem swego rodzaju ulgę. Chęć dalszej eksploracji. Niby nic wielkiego się nie zmieniło, jednak ogarnęło mnie takie wewnętrzne poczucie, że to miejsce ma to coś. Tu jest ten specyficzny „błysk”, który ciężko zdefiniować, który powoduje, że miejsce, kraj, region wydają się na swój sposób magiczne i niepowtarzalne.

 

Potrero utknie w naszej pamięci z jeszcze jednego nieoczywistego pokoju. Podczas całego tripa widzieliśmy trochę nowych zwierzątek w ich naturalnych otoczeniu, jednak tego się nie spodziewaliśmy. Godzina 20. Justyna wchodzi do naszego tipi. Ja w tym czasie siedzę sobie nad basenem. Nagle słyszę:

– Karol szybko, chodź!

– Co się stało?

– Nic, chodź! Mamy węża w pokoju!

– Co mamy? 🤣 

– No węża!

Wchodzę do namiotu. Patrzę. No jest. Wołamy właścicieli. Mówią, że niegroźny, jednak jeśli chcemy to tej nocy mają wolny domek i bez dopłaty możemy w nim spać. Rano przyślą gościa, który spryska namiot jakimś specyfikiem i jutro możemy spać w namiocie. 

Nie zastanawiając się długo przenosimy swoje rzeczy. W międzyczasie ponownie spotykamy naszego długiego kolego, który już raz został wygoniony. Widocznie wrócił na swoje terytorium.

Tym sposobem odbyliśmy najbardziej ekskluzywny nocleg w naszej podróży. Noc w domku to koszt rzędu 140 USD. W ogóle ten butikowy hotel nie był zbyt popularny wśród backpackersów. Wystarczy wspomnieć, że właścicielka nie miała pojęcia czy do Potrero jeździ jakikolwiek transport publiczny, tutaj wszyscy przyjeżdżają wypożyczonymi Mercedesami i Hiluxami. Obstawiam, że byliśmy pierwszymi backpackersami w historii tego miejsca.

Mamy dla Ciebie mały prezent!

Dzięki, że dotarłeś do końca!

Lataj bez bagażu rejestrowanego. Darmowa checklista, co spakować w 40 litrowy plecak. Tylko przydatne rzeczy, bez zbędnych kilogramów. 

POBIERAM!

Dodaj komentarz